Archiwum | uszy RSS feed for this section

Dałem się złapać

23 Gru

na okładkę, to raz – na całe szczęście nie oglądałem tagów, bo przy moich ostatnich muzycznych klimatach zrobiłbym meh i ruszył dalej. Dwa: polecany tytuł – nie wiem czy przesłuchałbym całej płyty zaczynając od pierwszego kawałka. Posłuchajcie tego: wstęp jak z topowych utworów ELO, gitarowe wejście i refren, który wwierca się w uszy i nie puszcza nawet po kilkunastu przesłuchaniach. Wszystko stare/nowe podsycone przez mocno chiptunesowe syntezatory. Posłuchajcie:

Posłuchajcie Piledrive – jeśli w połowie nie zaczniecie nucić pod nosem melodii, to nie ma już dla was nadziei.

Posłuchajcie My Magellan i San Narciso. Posłuchajcie Pointing at the Moon i So Far Out.

Posłuchajcie całej płyty – jest zajebista.

Reklamy

Mądre pomysły

20 List

3,5 tygodnia temu napisałem na facebooku:

Myliłem się, bo: patrz wyżej.

Zupełnie nie wiem co mnie tknęło, żeby po jakichś piętnastu latach przerwy brać się za papierowe modele, ale trzeba patrzeć na pozytywy – przynajmniej nie rzuciłem się na jakiś statek, bo sklejać statków nie lubiłem nigdy. Oczywiście moje dziewczyny stwierdziły, że super, że będą mi pomagać, a w ogóle to następną skleję im Czarną Perłę, bo ona jest suuuper. Whatever. Czarna Perła jest tak suuuper, że aż została zdjęta ze strony, ze względu na działalność piracką bez punu. Tak, działalność piracka bez punu to straszna rzecz, więc mogę spać spokojnie i zrobić sobie kolejną, piętnastoletnią przerwę od sklejania modeli.

Jak wyglądało sklejanie? Sklejanie, pomimo chwil zwątpienia

i wkurwu, któremu towarzyszyło poznawanie nowych słówek, zadziwiająco przypominających układem i brzmieniem popularne przekleństwa (przypadek? I don’t think so)

No więc sklejanie było bardzo wyciszającym zajęciem. Bycie wyciszonym przez 3,5 tygodnia owocuje mniej więcej takim stanem ducha:

co oznacza, że dziś wieczorem prawdopodobnie odpalę jakiegoś fpsa (bo Hotline Miami nie ma jeszcze na maki) i wymorduję wszystko co mi się nawinie pod celownik.

A teraz czas na mały konkurs:

Dziś po południu zamek trafi pod czułą opiekę dwóch dziewczynek (6 i 7) i kota (5), więc zbieramy zakłady – ile czasu minie do pierwszych wgnieceń oraz do nieuchronnego końca w piecu? Wytypowanie najtrafniejszych terminów w komentarzach może wam wygrać karty do Fight Club: Project Mayhem.

programy, które robią „ping”

21 Lip

Lubię czasem pobawić się różnymi instrumentami – wprawdzie muzyk ze mnie żaden, ale przyjemnie usiąść czasem i zrobić kilka dźwięków, które potrafią ułożyć się przynajmniej w jakąś prostą melodyjkę. Ostatnio złapała mnie faza na sprawdzanie wszelkiej maści programów robiących ping na iPada i ku własnej uciesze (a rozpaczy domowników) większość wolnego czasu spędzam generując różnej maści stuki, trzaski, bzyki i pierdy.

Jednym ze znalezionych i męczonych ostro programów jest Animoog – syntezator Mooga, posiadający masę opcji i bardzo bogaty dźwiękowy słownik.  Oczywiście trzeba by najpierw nauczyć się grać, żeby wyciągnąć z niego coś więcej, ale wystarczy też kilkanaście minut na uniwerku YouTube, żeby zrozumieć mniej więcej jak działają wszystkie knyfle, pokrętła i odpalić proste pętle.

Właśnie szwendając się po tubkach z animoogiem trafiłem na Tenori-On i zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Naciskamy diodę, dodając ping do pętli i widzimy błysk za każdym razem kiedy dźwięk się odpala. Każda pętla może mieć szesnaście warstw zawierających różne instrumenty (w tym własne sample), dodatkowo mamy szesnaście bloków pętli w ramach jednego utworu, pomiędzy którymi płynnie przeskakujemy w trakcie grania. Zresztą, co będę pisać – proszę sobie obejrzeć:

Tenori byłoby idealną zabawką dla takich ignorantów jak ja, gdyby nie słaba dostępność i potworna cena – myślałem już, że zostaje mi tylko wykonanie akustycznej samoróbki, ale okazuje się, że Yamaha wypuściła również wierny port oryginalnego sprzętu na iPada.

Jest pięknie – już samo losowe pstrykanie daje masę frajdy, a po zapoznaniu się z podstawowymi funkcjami można spędzić godziny na prostym nadbudowywaniu pętli i dodawaniu kolejnych warstw pingów i trzasków – zapewniam, że wciąga podobnie jak niejeden shmup.

circus has come to town

11 Czer

Jeżeli w ciągu dwóch tygodni, na społecznościówkach robię non stop wrzuty jednej kapeli, jeśli katuję nią znajomych i sadystycznie pcham w uszy rodzinie, a po kilkunastu przesłuchaniach całego albumu wciąż mam ochotę na więcej, to zdecydowanie należy im się ode mnie notka. Tylko co z tego skoro sam nie wiem jak dobrze polecić wam Gentle Mystics? Mogę zapewnić, że czeka was wodewilowy freak show, z dęciakami, akordeonem i banjo, przetykany wszędobylską elektroniką, rapowaniem i seksownym kobiecym zawodzeniem, który za kilkanaście lat może przerodzić się w obłędną chrypkę.

Można by tak długo, ale chyba najlepiej zareklamowało się samo Gentle Mystics podczas jednego z wywiadów:

„If you’re into the sound of turbo folk, with a base face, riding the back of the lama on absynth, and you like getting your ears bashed, come and see the Gentle Mystics – you won’t regret it”

Nic tylko słuchać i pchać dalej, a może ktoś zaprosi ich do nas – choćby mieli wykonywać swoje kawałki paszczowo, albo grać na butelkach, to jedna z kapel na którą pójdę w ciemno. O:

Cuda

29 Kwi

panie w tych Katowicach, cuda! Wystarczy wybrać się na przechadzkę z młodym autorem śląskiej erotyki fantasy i jego żoną, a rychło trafi się na koparki i spychacze w różowym, szydełkowanym camo, kobiecą mafię koników (nawet do trzech na jednym parkingu) oraz syntetycznych poetów, prezentujących karate solo i rzut komórką o ziemię.

Można też posłuchać muzyki:

Po raz kolejny przekonuję się, że nic nie wiem o swoich własnych gustach – dotychczas ostro twierdziłem, że nie bierze mnie nic, w czym pianino gra pierwsze skrzypce, tymczasem Neil Cowley od kilku dni skutecznie wygrywa walkę o czas antenowy w samochodowej plejerce. Koncert wypadł cudnie, tym bardziej, że jak na muzykę instrumentalną, kapela robi na scenie bardzo przyjemny żywioł. No i jest to chyba jeden z nielicznych zespołów z T-rexem na fortepianie.

Po Cowleyu przenieśliśmy się ulicę dalej, na koncert Polar Bear. Ze sceny łypało na nas groźnie kilku panów, którzy nie szukali zbytnio kontaktu z publicznością, prawdopodobnie z tych samych powodów, z których pluton egzekucyjny nie stara się bratać ze skazańcami. Dla odwrócenia uwagi za perkusją zasiadł człowiek, który mógł być Michaelem Jacksonem (choć niekoniecznie), mógł też być postacią z Szepczącego w Ciemności Lovecrafta – nie zdziwiłbym się, gdyby w którymś momencie spadła maska i okazałoby się, że na perkusji gra pojemnik z mózgiem napędzany czarną magią grzybów z Yuggoth. Warto też nadmienić, że na przeszkadzajkach (solo na balonie FTW!) grał człowiek który mógł być Edwardem Nortonem (choć niekoniecznie).

prawie ukryty za prawą kolumną - człowiek, który mógł być Michaelem Jacksonem. Zupełnie ukryty za prawą kolumną - człowiek, który mógł być Edwardem Nortonem

Polar Bear zagrał wszystko – totalnie zmiażdżył noisem, zwodził melodiami, tylko po to, żeby za chwilę dobić psychodelią. Nic nie nagrałem, bo bałem się trzymać zbyt długo wyciągniętą komórkę. Udawałem martwego – podobno niedźwiedzie nie tykają padliny.

a jutro na Portico Quartet!

 

Zmiana czasu

25 Mar

z zimowego na letni pozbawi nas jednej godziny. Ale nie ma co płakać nad 60 minutami – w 15 minut można nadrobić kilkaset (o ile nie więcej) filmów: akcja, horror, s-f, fantasy, komedie, a wszystko to zmontowane w takt dubstepowych połamańców.

Minister zdrowia ostrzega! stosowanie używek po każdym rozpoznanym filmie grozi śmiercią, lub trwałym kalectwem!

2,5 godziny

20 Lu

bez fajki, z czego dwie z wielkim bananem na mordzie. 2h absolutnej zajebiozy z gatunku tych, co to jak już leci uwielbiany utwór, to w całkowitym chaosie człowiek gubi się w orientacji kamerki, a po kilku minutach stwierdza, że przecież i tak nie lubi nagrywać filmików z koncertów

za to na bisach spokojnie włącza sobie dyktafon

Also: dostałem ostrzeżenie odnośnie panujących warunków atmosferycznych, odpowiednio się przygotowałem, ale niestety nie wziąłem pod uwagę tzw. czynnika spaczenia szpaczego… W rezultacie byłem jednym z nielicznych spolaryzowanych podskórnie, w tłumie krótkorękawkowo-sweterkowym. Nieważne – czynnikowi spaczenia szpaczego i tak jestem dozgonnie wdzięczny za Cinematic Orchestra, info o koncercie i kawę przed.