Archiwum | smęcę RSS feed for this section

Mądre pomysły

20 List

3,5 tygodnia temu napisałem na facebooku:

Myliłem się, bo: patrz wyżej.

Zupełnie nie wiem co mnie tknęło, żeby po jakichś piętnastu latach przerwy brać się za papierowe modele, ale trzeba patrzeć na pozytywy – przynajmniej nie rzuciłem się na jakiś statek, bo sklejać statków nie lubiłem nigdy. Oczywiście moje dziewczyny stwierdziły, że super, że będą mi pomagać, a w ogóle to następną skleję im Czarną Perłę, bo ona jest suuuper. Whatever. Czarna Perła jest tak suuuper, że aż została zdjęta ze strony, ze względu na działalność piracką bez punu. Tak, działalność piracka bez punu to straszna rzecz, więc mogę spać spokojnie i zrobić sobie kolejną, piętnastoletnią przerwę od sklejania modeli.

Jak wyglądało sklejanie? Sklejanie, pomimo chwil zwątpienia

i wkurwu, któremu towarzyszyło poznawanie nowych słówek, zadziwiająco przypominających układem i brzmieniem popularne przekleństwa (przypadek? I don’t think so)

No więc sklejanie było bardzo wyciszającym zajęciem. Bycie wyciszonym przez 3,5 tygodnia owocuje mniej więcej takim stanem ducha:

co oznacza, że dziś wieczorem prawdopodobnie odpalę jakiegoś fpsa (bo Hotline Miami nie ma jeszcze na maki) i wymorduję wszystko co mi się nawinie pod celownik.

A teraz czas na mały konkurs:

Dziś po południu zamek trafi pod czułą opiekę dwóch dziewczynek (6 i 7) i kota (5), więc zbieramy zakłady – ile czasu minie do pierwszych wgnieceń oraz do nieuchronnego końca w piecu? Wytypowanie najtrafniejszych terminów w komentarzach może wam wygrać karty do Fight Club: Project Mayhem.

Reklamy

Cierpliwość

8 Maj

Zawsze byłem niecierpliwym dzieckiem – kiedy na coś się już nastawiłem, to zaczynałem liczyć minuty i sekundy. Nienawidziłem każdej chwili, która nie była tą wyczekiwaną, a najgorszym koszmarem było opóźnienie. Potrafiłem kilka razy dziennie zaglądać do kiosku w poszukiwaniu najnowszego komiksu. Wydzwaniałem na pocztę, żeby dowiedzieć się, czy nie ma już przesyłki dla mnie. Kiedy ktoś miał wypożyczoną książkę, na którą czekałem, bibliotekarki już po pierwszym zapytaniu wiedziały, że nie dam im spokoju, dopóki książka do mnie nie trafi; kiedyś przez miesiąc chodziłem za Zewem Cthulhu, aż w końcu jakaś zaszczuta pracownica sprawdziła, że rzeczywiście, książka jeszcze nie została oddana, z tym że została wypożyczona dziesięć lat wcześniej. Dla własnego dobra musiałem nauczyć się cierpliwości.

Cierpliwość to śmierć ciekawości – rezygnacja z oczekiwania. Rezygnacja z emocji. To pogodzenie się z myślą, że rzecz na którą czekasz jest tylko tym – rzeczą. Używką, którą można zastąpić inną używką. Cierpliwość, to omijanie hajpów, trailerów i zapowiedzi, to jebitny meh wymierzony w przyszłość.

Cierpliwi ludzie cieszą się tym co mają, a na co nie czekali, wiec cieszą się umiarkowanie wszystkim na co trafią.

Pierdolę cierpliwość i zaczynam odliczanie.

7

Zamiast tortu

1 Wrz

Dziś mija rok od pierwszego wpisu na blogu. Aż muszę się sam poklepać po pleckach – cała szczytna idea nie padła po miesiącu, pomimo mojego słomianego zapału. Przekulało się nawet jako tako aż do teraz, zwalniając trochę ze względu na zapierdol i doły, jakie zafundowała mi firma w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jest też całkiem spora szansa, że wytrzyma do przyszłorocznych wakacji, kiedy powinno się zrobić odrobinę luźniej.

Przez ostatni rok dowiedziałem swielu kilku jednej rzeczy o sobie. O wiele łatwiej jest mi siąść do klawiatury, kiedy czymś się podniecam – z braku czasu nie mam motywacji, ani chęci, żeby hejterzyć. Za to udało mi się puścić w sieć trochę obrazków (tych ruchomych i nie), nutek i liter, którymi normalnie, w odrobinę innych warunkach geograficznych, zamęczałbym znajomych – to jest dopiero sukces!

Muzeum zamyka podwoje

22 Mar

All the desperate people in this town
Are coming out tonight
They’ll be here soon
They want to be here with us in our glorious times
And when they start to laugh, we’ll laugh too
But when they start to cry, they’ll ruin it for everyone
We’ll ask them to leave
And they’ll pull out their knives and kill us all
They’re here now
Close the gate Lock the door
Bring the lights down Put the light s out Close the bar
Maybe they’ll give up and go next door
Lets pretend we’re gone Pretend we’re not here
Let’s pretend we’re gone

Jeszcze jeden album (trzymam kciuki, żeby wszystko wypaliło), jeszcze zaległe DVD i koniec. Jest mi kurewsko źle – cały czas miałem nadzieję, że Sleepytime Gorilla Museum zjawią się jeszcze Polsce. Pozostaje mi cieszyć się, że miałem okazję zobaczyć ich dwa razy na żywo.

Na palcach jednej ręki, jestem w stanie wymienić zespoły, które robiły ze mną to, co SGM. Koncerty zapamiętam chyba na zawsze, jako jedne z najlepszych na których byłem. W ogóle, Goryle pchnęli mnie na zupełnie nowe terytoria dźwiękowe. Ba, bez Sleepytime’ów nie byłoby tego bloga.

Zostaje czekać, na to co jeszcze pokażą muzycy na ostatnim albumie, a na pewno mają jeszcze kilka asów w rękawie:

13 godzin, czyli do Warszawy i z powrotem

11 Mar

Delegacja do stolicy, to obfitująca w niebezpieczeństwa wyprawa – na śmiałków czekają niesamowite przygody, a uważni podróżnicy zdobędą wiele ciekawych informacji;

  • Można spędzić 12 godzin w samochodzie. Krajowa ósemka to gigantyczny slalom – idealna wprawka do grania w Wipeout HD.
  • Można pooglądać billboardy (modemy blueconnect Ery są tak szybkie, że są w stanie wystrzelić PKiN w kosmos).
  • Zobaczyć dziwne manewry policji w drodze powrotnej – po obu stronach ósemki, na sygnałach pruły konwoje policyjne. Każdy liczył około 10 samochodów. Co jakiś czas jeden lub dwa samochody zjeżdżały na jakąś stację. Gugiel ujawnia, że prawdopodobnie chodziło o tira, wóz strażacki, albo o gandzię:

  • Kiedy zamieniamy się z drugim kierowcą, można sobie coś poczytać. Na przykład First Love, Last Rites (Uwaga – posiadanie penisa w słoiku prowadzi do odkrycia tajnych zasad geometrii!)
  • Ostatnią próbą przed powrotem do domu jest obiad w StoSiódemce. Ich menu powinno zawierać ostrzeżenie, że zjedzenie całej porcji grozi śmiercią. Poniżej przykład podstępnej próby zatrzymania nieuważnego podróżnika na trasie:

Przepyszny Kotlet po kowalsku, jest schabowym o wielkości małej pizzy, przykrytym warstwą duszonych pieczarek, cebuli i żółtego sera. Kiedyś, kiedy byłem jeszcze piękny, młody i głupi, udało mi się zjeść go całego, razem z porcją frytek i zestawem surówek. Na szczęście, droga nadmiaru wiedzie do pałacu rozsądku.

To już koniec – po 13 godzinach, spędzonych w 90% w samochodzie, wracając do swojej wioski, można w spokoju usiąść przed komputerem i powypisywać głupoty na blogu.

Felix i John

7 Mar

Mniej więcej w jednym czasie miałem okazję przeczytać 5 tom Felixa Castora i nadrobić niecałe 50 zeszytów zaległości Hellblazera. Niestety i tu, i tu kręcę nosem. To co łączy ze sobą te dwie opowieści (oprócz mojego kręcenia nosem), to autor – Mike Carey pisał scenariusze Hellblazera od numeru 175 do 215, przejmując pałeczkę po mocno skurwysyńskim Constantinie Azarelli. Azarello najpierw pojechał po bandzie wsadzając Constantine’a do pierdla co skończyło się raczej nieprzyjemnie dla współwięźniów (Hard Time), po czym okroił magiczny repertuar Johna, a pokazał go jako idealnego ‚con mana’ – gościa, który jest Ci w stanie wcisnąć największy kit, kopnąć w dupę, po czym sprawić, byś uwierzył, że wisisz mu przysługę. Carey z kolei odbił piłeczkę i wypełnił swój kawałek Hellblazera magią, rytuałami i piekłem. Tym ostatnim w dość dużym stężeniu.

Akurat tu nie miałem nic przeciwko. John Azarelli romansował z Johnem Ennisa a całości ładnie dopełniał John Careya. Historia trzymała się kupy i potrafiła wciągnąć. Po Careyu pisanie przejęła Denise Mina – oczekiwania były duże, ale wszystko poszło w diabły, kiedy po 12 zeszytach Mina stwierdziła, że pisanie książek bardziej się jej opłaca. Historyjki Diggle’a przemilczę – dla mnie są zupełnie pomijalne. Po nim przyszedł Milligan – facet od Shade’a.

Nie powiem, lubiłem zwariowanego kosmitę. Lubiłem w nim też to, że jego historia miała zakończenie. Domknięto wątki z bodajże 70 zeszytów, dano całusa na dobranoc i pozwolono, aby kurtyna opadła. Ale nie na dobre, bo w Hellblazerze Milligan wziął się za nekrofilię – Shade pojawia się gościnnie na podwórku Johna i zabiera go nawet ze sobą na swoje. A jak już skończy się wątek, po którym został mi lekki niesmak, scenarzysta robi jeszcze pierdut – Constantine się hajta.

Tak, dobrze czytacie – hajta się, najgorsze jest to, że wszystko zdaje się być prowadzone w kierunku jakiegoś taniego chwytu, który zapewne rzuci niedługo Johnem, na następną wycieczkę po rubieżach piekielnych w poszukiwaniu duszy ukochanej. Sorry. Wysiadam. Wrócę za rok lub dwa i zobaczę – mam nadzieję, że się mylę.

Dobra. Co z Felixem Castorem? Książkowy bohater Careya to taki Constantine, tyle że bez wsparcia ze strony DC Vertigo. Carey pisał scenariusze Hellblazera na tyle długo, że ciężko było mu oderwać się w jakiś znaczący sposób od oryginału. Nie przeszkadza mi to specjalnie, ale jest to powiązanie które cały czas się czuje, o ile ktoś zna komiksy. Owszem, jest kilka różnic, przede wszystkim Castor nie jest takim skurwysynem, jakim potrafi być Constantine, choć ma równie cięty język i podobne zwyczaje.

Carey z pewnością nie pisze książek odkrywczych. Pięcioksiąg (na razie – ma być jeszcze szósty, ostatni tom) o Castorze nie jest żadnym arcydziełem, ale czyta się go dobrze, pomimo kilku wpadek, jak chociażby ciągłe tłumaczenie kto jest kim, jakby Carey nie potrafił się zdecydować, czy pisze cykl, czy niepowiązane ze sobą powieści. Do trzeciego, najlepszego według mnie tomu, nie przeszkadzało to zupełnie. Od czwartego robi się coraz słabiej. Carey częściej bawi się w wyciąganie królika z kapelusza, zamiast prowadzić kryminalną zabawę z czytelnikiem. Żeby jeszcze królik był dorodny, albo fikał koziołki, a jest mizerny, trochę nieruchawy i zalatuje padliną. Castor, w piątym tomie swojego cyklu, jest prawie tak samo powtarzalny, jak Constantine po 250 zeszytach. Jedno jest pewne – Castorowi, w przeciwieństwie do Constantine’a, będzie dane odejść w cień – Hellblazer zostanie rozcieńczony i rozmieniony na drobne. Szkoda.

Byle do wiosny

18 Lu

Ciężko jest zmobilizować się do czegokolwiek, kiedy pogoda robi wszystko, żeby wbić nas w łóżka. Szlag mnie trafia, jak pomyślę, ile wolnego czasu przespałem w tym roku – ostatnio nawet zdarzało mi się przysypiać w godzinę po zaśnięciu dziewczyn, co jak wiadomo, jest w przypadku tatuśków równoważne z położeniem się spać o dziewiątej rano. Noż kurwać, nawet nie skończyłem czytać piątego tomu Felixa Castora (lektura na jeden dzień), nie oglądałem prawie nic, za wyjątkiem animacji studia Ghibli, które TVP Kultura podsuwa mi pod nos, ledwie przebrnąłem przez zaległe Hellblazery (to co Milligan nawyprawiał w życiu Johna Constantine, to temat na osobną notkę). Po prostu żałość mnie ogarnia, kiedy pomyślę, ilu rzeczy nie zrobiłem w ciągu ostatniego miesiąca.

Na szczęście już czuć nadchodzącą wiosnę. Trzeba powiedzieć stanowcze „wypierdalaj” zimie, senności i humorzastym dniom. Można się, na te ostatnie dni zimy, gdzieś zaszyć – na przykład w okolicach słonecznego New Vegas (Proszę nie zwracać uwagi na radioaktywną poświatę), które pokazuje, że można zrobić jeszcze zajebiście dobrego Fallouta. A już niedługo pierwsze jaskółki przyniosą nam nowe Beardfish (muszę im w końcu postawić ołtarzyk), które skopie dupy ludziom, których dupy mają tendencję do bycia skopanymi przez taką muzykę: