Archiwum | oczy RSS feed for this section

Chciałem napisać

26 Wrz

notkę o nowym filmie Wesa Andersona, ale przepraszam – filmów Andersona się nie pisze. Filmy Andersona się ogląda.

Reklamy

Zmiana czasu

25 Mar

z zimowego na letni pozbawi nas jednej godziny. Ale nie ma co płakać nad 60 minutami – w 15 minut można nadrobić kilkaset (o ile nie więcej) filmów: akcja, horror, s-f, fantasy, komedie, a wszystko to zmontowane w takt dubstepowych połamańców.

Minister zdrowia ostrzega! stosowanie używek po każdym rozpoznanym filmie grozi śmiercią, lub trwałym kalectwem!

Przy okazji

17 Mar

urodzin Williama Gibsona, położę tu fragment Hardware, bo właśnie z obejrzeniem tego filmu kojarzę początki swojego zainteresowania Cyberpunkiem.

Przyznajcie sami, Terminator to była miękka klucha w porównaniu z M.A.R.K.iem 13

Monster Movie

7 Mar

Wszyscy dorośli wiedzą, że potwór to tak na prawdę tylko maska. Kawałek gumy, który pozwoli woźnemu przeistoczyć się we frankensteina i pod pozorem zemsty na gówniarzach ze szkoły, kopać tunele pod bankowy skarbiec. Szybka i prosta droga do tego co chcemy – a chcemy bogactwa, władzy i wpływów. Chcemy być u steru, kontrolować sytuację, chcemy ujarzmiać dzikie bestie i zaspokajać swoje żądze. Gdyby tylko nie pojawiały się zawsze te cholerne dzieciaki i ich kundel!

Łatwiej będzie wam przyjąć do wiadomości świat Kobiety, jeśli wychowaliście się na bajkach z tchórzliwym psem. Jeśli wychowaliście się na Lynchu i wiecie, że każda rodzina ma swoje sekrety, to też nie poczujecie się zagubieni. Współczuję za to tym, którzy wiedzą o Straszliwych Sprawach kryjących się w każdym domu, ale wspominają je jako starszą recepcjonistkę z hotelu W Paszczy Szaleństwa. Tu nie ma macek skrytych pod ladą, choć łańcuchy trzymają ofiarę w ryzach. Okazuje się za to, że te dosłowne, łatwiej pękają od tych, którymi przykuwamy się sami, w swoich własnych głowach.

Zapomnijcie o tytule – to jest właśnie film o potworach i łańcuchach. Ofiarach i drapieżcach.

Gotycki horror naszej wspólnej choroby.

Absentia

6 Lu

Jest wiele sposobów na zrobienie dobrego horroru. Nie myślę oczywiście o jakiejś konkretnej szkole straszenia, która zadowoli każdego fana ciar na plecach – coś takiego nie istnieje. Ale istnieje mój horror. Mój horror to domysły. Mój horror to niejednoznaczność. Mój horror to portret ciemności. To właśnie ona daje największą przewagę filmowemu straszeniu; szkoda, że jest tak rzadko wykorzystywana w pełni. Trzeba się na prawdę postarać, żeby obraz ciemności oddać słowami tak dobrze, by stał się dla nas zwierciadłem naszej wyobraźni – odbiciem naszych własnych strachów. Oczywiście nie ma rzeczy niemożliwych – udało się to doskonale Danielewskiemu w Domu Liści, choć trzeba przyznać, że troszeczkę oszukiwał – w końcu 1/4 jego książki to film, w którym strony są kadrami.

Kolejny element mojego horroru, to codzienność – tu i teraz ma dla nas największy potencjał, bo tu i teraz jest blisko. Wystarczy umieścić to, co widzimy na co dzień w odpowiednim kontekście, a już podświadomie poczujemy, że coś jest nie tak. Stare zegarki i klucze nie zaskoczą nas na babcinym strychu, ale jak poczujecie się, kiedy znajdziecie je na progu swojego domu?

Rutyna. Rutyna, rutyna, ru†yna. Kiedy już w nią wpadniesz, czy zauważysz drobne szczegóły? Coś, co jest, a powinno być zupełnie gdzie indziej? W innym miejscu, w innym układzie, w innym kontekście? Wystarczy domieszka codzienności, a mamy tendencję do wpadania w rutynę jeszcze szybciej niż się spodziewamy. Dopowiadamy sobie brakujące elementy, jak tylko zauważymy coś co powinno być rutynowe.

Taka właśnie jest Absentia. To nie jest film, który przeraża – to film, który niepokoi. To film, który stawia przed nami lustra; Czego się spodziewasz? Czego oczekujesz? Komu wierzysz? W co wierzysz? Co chcesz zobaczyć? To film, który powinniście obejrzeć. Kto wie? Może mój horror i wasz horror są sobie całkiem bliskie?

Czy martwe gatunki idą do nieba?

11 Gru

Pamiętam, jak w latach 90 chowałem przed rodzicami jeden numer Fenixa, na którego okładce widniało wielkie ostrzeżenie: „NUMER TYLKO DLA DOROSYCH” (w końcu schowałem go tak dobrze, że do dziś nie potrafię go znaleźć). Większość numeru było poświęcone Splatterpunkowi – gatunkowi, który zdechł w świadomości masowej, razem z erą video i tanim (ale popularnym) kinem klasy B. Gdzieś tam jeszcze wypływa w książkach Ketchuma i Mellicka III, czy filmach, takich jak Hobo with a Shotgun, ale jest zupełnie martwy jako szeroko rozpoznawany termin. Ładnie go opisano w tamtym Fenixie: Rzut mięchem o ścianę. Splatterpunk to apoteoza bezsensownej przemocy i okrucieństwa – epatowanie obrzydliwością. Kanibalizm, martwe płody i seks popromiennych mutantów. W całym swym okrucieństwie gore nie zbliża się nawet do stopnia w jakim szokować miał splatterpunk.

Gatunek stracił się gdzieś, wrócił do gore, które do dziś może liczyć na masowego widza (choćby w kolejnych powrotach Teksańskiej Masakry, czy Wzgórza Mają Oczy) i w mniejszym stopniu do kina nurtu exploitation, które jednak nie czerpało tak chętnie z klisz horroru i sf, tak charakterystycznych dla Splatterpunka.

Przypomniałem sobie ten gatunek przy okazji grania w Super Meat Boy, na które, w wersji na maca, czekałem prawie rok. Szybki opis dla niezorientowanych: SMB to potwornie trudna platformówka, w której idealne przejście każdego poziomu trwa kilkanaście sekund, przy czym w praktyce, nie ma opcji, żeby taki poziom przejść za pierwszym podejściem. Kiedy już za n-tym razem uda nam się przetrwać do samego końca, możemy zdjąć obolałe palce z pada (granie na klawiaturze jest możliwe, ale grozi wieloma schorzeniami dłoni i stawów) i ze łzami w oczach obejrzeć powtórkę – armia meat boyów z każdego naszego podejścia na raz wpada do lawy, na kolce i piły tarczowe, aż w końcu zostaje ten jeden, któremu zawdzięczamy kolejny poziom masochistycznej przyjemności.

Super Meat Boy ma na tyle przyjemną retro grafikę, że mogę usiąść do niego na chwilę, nawet przed godziną 21:00, czyli zanim moje córy pójdą spać. Oczywiście ogólna pikseloza i bardzo przyjemne chiptunes przyciągają dzieci, więc pojawiły się pytania;

– Kto to?

– To Meat Boy. jest cały z mięsa – w czasie odpowiedzi następują dwie śmierci czerwonego ludzika, którego krew rozbryzguje się po ostrzach piły i okolicznych powierzchniach płaskich.

– A co on robi?

– Ratuje swoją dziewczynę Bandage Girl. Ona jest cała zarobiona z bandaży i porwał ją zły Doktor Fetus. No… ten robaczek w słoiku z cylindrem – Mała obserwuje przez chwilę jak Meat Boy wpada po raz dwudziesty na te same kolce.

– Fajny jest ten ludzik, ale ta gra jest chyba trudniejsza od Little Big Planet.

Co się stało ze splatterpunkiem? Pękł i zbryzgał zgniłymi flakami wszystko co miał w zasięgu.

Powrót na księżyc

29 List

Apollo 18. Kolejny mocumentary skazany na średni odbiór. Częściowo przez wykształconą odporność widza na ściemę producentów, bo kto dziś jeszcze wierzy, że w miasteczku na Alasce kosmici porywali ludzi? Kto sprawdza źródła, słysząc o diabolicznych dzieciakach i demonach opętujących amerykańskich mieszczuchów? Lubimy być oszukiwani, ale urok kłamstwa, w którym oglądamy autentyczne taśmy studentów, zaginionych w lasach Maryland, wyparował w kotle pełnym fałszywych stron internetowych i ukrywających się aktorów.

Czy ten gatunek ma nam jeszcze cokolwiek do zaoferowania? Oczywiście! W końcu to powrót do korzeni horroru. Już sama forma, technika, czy przyjęta konwencja stawiają na atmosferę i powolne budowanie napięcia. Najbardziej boimy się rzeczy, których nie widzimy – tych, które musimy sobie dopowiedzieć, bo prawdziwy strach drzemie w naszych głowach, a nie na ekranie.

Zegarek mi mówi, że upłynęło już z górą czterdzieści godzin od chwili, kiedyśmy tu spadli; spadliśmy w nocy, a słońce jeszcze nie wzeszło. Spodziewamy się je ujrzeć dopiero za dwadzieścia kilka godzin. Wzejdzie i pójdzie po niebie leniwie, dwadzieścia dziewięć razy wolniej niż tam, na Ziemi. Trzysta pięćdziesiąt cztery godzin będzie świecić nad naszemi głowami, a potem przyjdzie znowu noc, trwająca trzysta pięćdziesiąt cztery godzin. Po nocy znów dzień, taki sam jak poprzedni i znowu noc i znów dzień — i tak bez końca, bez odmiany, bez pór roku, bez lat, bez miesięcy…
 Jeśli dożyjemy…

Apollo 18 stara się podnieść poprzeczkę, wykorzystując miejsce, którego ten nurt jeszcze nie wyeksploatował. Wygląda na to, że oficjalnie anulowane, kolejne po 17, misje Apollo jednak się odbyły, a materiał filmowy, zarejestrowany podczas jednej z nich właśnie wyciekł do internetu. Teraz możemy sami się przekonać, czemu nikt nie kwapił się do kolejnych podróży na księżyc.

 Gdyśmy zdarli z niego powietrzochron, przedstawił nam się straszny widok. Twarz obrzękła i sina, zlana była cała krwią, cieknącą obficie z ust, nosa i oczu; na nabrzmiałych dłoniach i na szyi widać było także gęste krople krwi, choć nic mogliśmy nigdzie odkryć rany.

Pomimo kilku wad, to film raczej udany, niestety nie na tyle, żeby na trwałe zakorzenił się w świadomości widza. Brakło atmosfery (pun intended) – choć miejsce akcji teoretycznie jest idealne do jej zbudowania. Nie było w tym filmie klaustrofobii, wyobcowania, nie było interakcji trzech kosmonautów, w ciasnej przestrzeni księżycowego lądownika. Wielbiciel tego typu kina dopowie sobie to wszystko i ostatecznie będzie się dobrze bawił. Przypadkowy widz znudzi się po kilkudziesięciu minutach. Szkoda.

 — Wtem… zobaczyłem… dwa cienie — nie! dwóch ludzi, trupów czy upiorów — wyszli z pod bramy i posuwali się wprost ku mnie… Nogi zadrżały podemną. Zamknąłem oczy, chcąc odegnać przywidzenie, ale gdym je po chwili znów otworzył, zobaczyłem… cztery kroki przed sobą — obu braci Remognerów! Stali obaj, trzymając się za ręce, okropni, nabrzmiali, skrwawieni, tacy, jak ich znaleźliśmy — i patrzyli obaj we mnie tak strasznie… Znacie mnie, nie jestem lękliwy, nie jestem skłonny do przywidzeń — ale to wam mówię, oni tam stali i ze strachu zamieniłem się w bryłę lodu. Nie mogłem się poruszyć, odwrócić… Wtedy oni zaczęli mówić, tak, mówić! a ja słyszałem ich głos, choć tam nie było powietrza, tak jak was tu słyszę. Spytali mnie naprzód, po co przychodzę? Starszy kazał mi się wrócić, a młodszy dodał, żebym był cierpliwy, bo wkrótce, choćbym i nie chciał, przyjdę do nich do trupiego miasta, ale nie pierwej, aż będę wyglądał tak, jak oni, a potem tak, jak O’Tamor. Mówiąc to, uśmiechali się obaj złośliwie strasznemi. nabrzmiałemi usty.

Tym bardziej, że ta tematyka, w tych nieziemskich okolicznościach przyrody, była już przerabiana w innym medium, ponad sto lat temu. Pierwsza część Na Srebrnym Globie Żuławskiego to mocumentary z piórem zamiast kamery. Może to właśnie jej forma sprawiła, że jako dziecko byłem autentycznie przerażony martwym miastem, które zabiło jednego z członków załogi, a Szernowie zagościli na jakiś czas w moich koszmarach. Szkoda tylko, że za sfilmowanie tej książki wziął się młodszy Żuławski i zakrzyczał niezły, jak na tamte czasy, obraz i emocje politycznym bełkotem. Może, gdyby wzięli się za to studenci z Maryland, dostalibyśmy obraz, który w przeciwieństwie do Apollo 18 zapadłby w pamięć komuś więcej, niż tylko maniakom horrorów.

 Jakie to zabawne, że my jesteśmy na Księżycu! A może mi się śni tylko? Bo zkądżeby się tu wzięły psy? Była Selena, ale zdechła; były i szczenięta, ale to nie są szczenięta, to są duże psy i pewnie złe… Nawet jest ich więcej, cztery, nie! tam jeszcze kilka, i tam, i tam, rany boskie! zkąd tu tyle psów! — Gdzież jest Woodbell? Coś się z nim stało, ale nie pomnę… Było mu Tomasz na imię…
 Ktoś stoi przy mnie i mówi, żebym się położył, bo mam gorączkę. A wszystko jedno! dlaczegóż ja nie mam mieć gorączki? czy mi nie wolno…
 Pióro robi się strasznie ciężkie, muszę je rzucić. Przyrosło mi do palców, ale i palce moje są ciężkie… Nie wiem, co to wszystko znaczy, — słyszę jakieś dwa głosy obok siebie, — już nie mogę…