Archiwum | finger yoga RSS feed for this section

Co powiedzielibyście

6 Wrz

na grę, która robi wszystko, żeby zepsuć wam rozgrywkę? Na grę, która stara się za wszelką cenę zatruć nawet najsłodsze, wymarzone, wyczekane zwycięstwo? Grę, która postawi przed wami jedno proste zadanie i obwaruje je kilkoma, potem kilkunastoma zasadami. Gracz będzie mógł śledzić swoje postępy na szczegółowym torze punktacji, który oprócz sukcesu przypomni każde potknięcie – wypunktuje je i każe ponieść konsekwencje. Pozwoli wciągnąć się w ślepy pęd za osiągnięciem wyznaczonego celu, po to tylko byśmy znienawidzili samych siebie za to co robimy. Wykonując nasze zadania zniszczymy długotrwałe związki i zdławimy nowe miłostki zanim jeszcze zdążą wykiełkować. Swoją pogonią za wynikami uratujemy jednych, za to innych zniszczymy – nic to – najważniejszy jest wynik. Problem pojawi się, kiedy zadanie samo sobie zaprzeczy, a paradoksalne sytuacje zmuszą nas do sprzeciwienia się zasadom – wtedy czeka nas błyskawiczny, choć przedwczesny koniec, lub kolejny skażony sukces.

Wtedy zmienimy nasze podejście. Zaczniemy od początku – w końcu to gra, a gramy żeby wygrać! Balansując na granicy porażki sprzeciwimy się każdej niepożądanej sytuacji – wprawdzie pieniądze skończą się zbyt szybko, a punktacja poleci na łeb na szyję, ale staniemy na straży piękna, dobra i moralności! Od miłostek, aż po rewolucję! Zapewnijmy byt naszej wirtualnej rodzinie, stając się trybikiem w maszynie zmiany (na lepsze oczywiście). Wszystko pięknie jak na obrazku, chyba że zaczniemy zastanawiać się nad wszystkim co nie zostało nam wyłożone na ladę. Nad każdą niewypowiedzianą historią, nad tragediami kryjącymi się za wizytówkami burdeli, pustymi groźbami, czy choćby samym wychudzonym obliczem rozmówcy – niezależnie co robimy, i tak jesteśmy adwokatem diabła. Choćby nasze intencje były najlepsze, nigdy nie będziemy mieli pewności, że postępujemy słusznie. Nawet moralne zwycięstwo zadające kłam wynikom będzie skażone goryczą.

Taka właśnie jest gra Papers, please. Jak na razie to chyba jeden z nielicznych kawałków kodu, w którym możemy skazać na śmierć, żonę, syna, wuja lub teściową po to, by dokupić sobie gadżet, pozwalający efektywniej nabijać statystyki.

Witajcie w Arstotzce! Papiery poproszę.

Mądre pomysły

20 List

3,5 tygodnia temu napisałem na facebooku:

Myliłem się, bo: patrz wyżej.

Zupełnie nie wiem co mnie tknęło, żeby po jakichś piętnastu latach przerwy brać się za papierowe modele, ale trzeba patrzeć na pozytywy – przynajmniej nie rzuciłem się na jakiś statek, bo sklejać statków nie lubiłem nigdy. Oczywiście moje dziewczyny stwierdziły, że super, że będą mi pomagać, a w ogóle to następną skleję im Czarną Perłę, bo ona jest suuuper. Whatever. Czarna Perła jest tak suuuper, że aż została zdjęta ze strony, ze względu na działalność piracką bez punu. Tak, działalność piracka bez punu to straszna rzecz, więc mogę spać spokojnie i zrobić sobie kolejną, piętnastoletnią przerwę od sklejania modeli.

Jak wyglądało sklejanie? Sklejanie, pomimo chwil zwątpienia

i wkurwu, któremu towarzyszyło poznawanie nowych słówek, zadziwiająco przypominających układem i brzmieniem popularne przekleństwa (przypadek? I don’t think so)

No więc sklejanie było bardzo wyciszającym zajęciem. Bycie wyciszonym przez 3,5 tygodnia owocuje mniej więcej takim stanem ducha:

co oznacza, że dziś wieczorem prawdopodobnie odpalę jakiegoś fpsa (bo Hotline Miami nie ma jeszcze na maki) i wymorduję wszystko co mi się nawinie pod celownik.

A teraz czas na mały konkurs:

Dziś po południu zamek trafi pod czułą opiekę dwóch dziewczynek (6 i 7) i kota (5), więc zbieramy zakłady – ile czasu minie do pierwszych wgnieceń oraz do nieuchronnego końca w piecu? Wytypowanie najtrafniejszych terminów w komentarzach może wam wygrać karty do Fight Club: Project Mayhem.

programy, które robią „ping”

21 Lip

Lubię czasem pobawić się różnymi instrumentami – wprawdzie muzyk ze mnie żaden, ale przyjemnie usiąść czasem i zrobić kilka dźwięków, które potrafią ułożyć się przynajmniej w jakąś prostą melodyjkę. Ostatnio złapała mnie faza na sprawdzanie wszelkiej maści programów robiących ping na iPada i ku własnej uciesze (a rozpaczy domowników) większość wolnego czasu spędzam generując różnej maści stuki, trzaski, bzyki i pierdy.

Jednym ze znalezionych i męczonych ostro programów jest Animoog – syntezator Mooga, posiadający masę opcji i bardzo bogaty dźwiękowy słownik.  Oczywiście trzeba by najpierw nauczyć się grać, żeby wyciągnąć z niego coś więcej, ale wystarczy też kilkanaście minut na uniwerku YouTube, żeby zrozumieć mniej więcej jak działają wszystkie knyfle, pokrętła i odpalić proste pętle.

Właśnie szwendając się po tubkach z animoogiem trafiłem na Tenori-On i zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Naciskamy diodę, dodając ping do pętli i widzimy błysk za każdym razem kiedy dźwięk się odpala. Każda pętla może mieć szesnaście warstw zawierających różne instrumenty (w tym własne sample), dodatkowo mamy szesnaście bloków pętli w ramach jednego utworu, pomiędzy którymi płynnie przeskakujemy w trakcie grania. Zresztą, co będę pisać – proszę sobie obejrzeć:

Tenori byłoby idealną zabawką dla takich ignorantów jak ja, gdyby nie słaba dostępność i potworna cena – myślałem już, że zostaje mi tylko wykonanie akustycznej samoróbki, ale okazuje się, że Yamaha wypuściła również wierny port oryginalnego sprzętu na iPada.

Jest pięknie – już samo losowe pstrykanie daje masę frajdy, a po zapoznaniu się z podstawowymi funkcjami można spędzić godziny na prostym nadbudowywaniu pętli i dodawaniu kolejnych warstw pingów i trzasków – zapewniam, że wciąga podobnie jak niejeden shmup.

miało

22 Kwi

być długo, z backgroundem, z achami i ochami, ale minęły dwa tygodnie, a ja dalej nie czuję się na siłach żeby skrobać coś dłuższego. Dwa tygodnie od świąt, w trakcie których miałem okazję pobawić się trochę nową zabawką z ekranem dotykowym o przekątnej większej niż trzy cale, i…

powiem tylko tyle – jeśli posiadacie sprzęt z androidem lub z jabłkiem, ps3 lub xboxa, to te dwa symulatory pinballa to jazda obowiązkowa:

Zen Pinball dla osób którym nie przeszkadza odrobina magii, niedostępnej na prawdziwych stołach:

Pinball Arcade, który symuluje cztery prawdziwe maszyny z lat 80-00

Piękno i dobro, tym bardziej, że cena tabletu/konsoli jest wciąż dużo niższa niż cena prawdziwego pinballa

Miałem

16 Mar

do niedawna tyle rozgrzebanych spraw, że nie odważyłem się tknąć pudełka z Deus Ex Human Revolution. Adam Jensen patrzył się na mnie z wyrzutem, a ja tylko bąkałem: jeszcze nie, jeszcze nie teraz. Jeszcze muszę to i tamto. Bo widzicie, nie mogę się przecież zabrać bez zastanowienia za grę, która musi mnie wciągnąć na długie godziny. Wiem – da się dawkować, ale ja jestem słabym człowiekiem.

Dlatego właśnie raczyłem się chwilerami – w końcu sumienie jest czystsze, kiedy zamiast siadać na dwie godziny do konsoli, biorę takiego Super Crate Box i spędzam przy nim 120 minut, nespa? O właśnie – lubimy liczniki, prawda? Na dużych konsolach czas gry liczony jest w godzinach. Stąd wiem, że przy grach z serii FF spędziłem średnio 120h/grę. Binding of Isaac zabrał mi 100h, Fallout: New Vegas jakieś 200h. Super Crate Box to szybciutka gra w bardzo staroszkolnych klimatach – zaprojektowana na szybkie rozgrywki po kilka/kilkanaście minut, właśnie dlatego jej licznik podany jest w minutach:

Prawie 100h. W grze, która jest połączeniem strzelanki i pierwszego Donkey Konga. W grze, w której dostępne są trzy areny, a każda z nich w całości mieści się na jednym ekranie. Ciężko jest mi wymyślić jakikolwiek powód czemu ta gra nie powinna dostać ode mnie foki aprobaty. Wszystko jest na miejscu – wygląd, sterowanie, dodatkowe tryby rozgrywki, nagrody za osiągnięcie kolejnych etapów. Jest nawet dostępna darmowa wersja na duże komputery (która z jakiegoś powodu nie chce mi działać na Lionie).

Czyste Arcadowe Piękno i Dobro.

11 schodów

14 Mar

Wielu z was marudziło, że nie miało okazji zobaczyć filmu Navidson Record. Wielu zapewne próbowało bezskutecznie zassać go z sieci. Przyznać się – ile torrentów pod tą nazwą czeka na ostatnie bajty? Ile macie na dysku pornoli ukrytych pod nazwą Five and a Half Minute Hallway?

Dajcie sobie spokój. To jest jedyny ciemny korytarz na jaki możecie liczyć na serwisach z pirackimi filmami. Ale jeżeli nie macie dość, to zapraszam na klatkę schodową, i nie – nie chodzi mi wcale o wasz dom. 11 schodów do potęgi n-tej, niezliczone piętra i półpiętra. Kilkanaście minut w dwóch podręcznych, klimatycznych wersjach: dla czytaczy i dla graczy.

Czy martwe gatunki idą do nieba?

11 Gru

Pamiętam, jak w latach 90 chowałem przed rodzicami jeden numer Fenixa, na którego okładce widniało wielkie ostrzeżenie: „NUMER TYLKO DLA DOROSYCH” (w końcu schowałem go tak dobrze, że do dziś nie potrafię go znaleźć). Większość numeru było poświęcone Splatterpunkowi – gatunkowi, który zdechł w świadomości masowej, razem z erą video i tanim (ale popularnym) kinem klasy B. Gdzieś tam jeszcze wypływa w książkach Ketchuma i Mellicka III, czy filmach, takich jak Hobo with a Shotgun, ale jest zupełnie martwy jako szeroko rozpoznawany termin. Ładnie go opisano w tamtym Fenixie: Rzut mięchem o ścianę. Splatterpunk to apoteoza bezsensownej przemocy i okrucieństwa – epatowanie obrzydliwością. Kanibalizm, martwe płody i seks popromiennych mutantów. W całym swym okrucieństwie gore nie zbliża się nawet do stopnia w jakim szokować miał splatterpunk.

Gatunek stracił się gdzieś, wrócił do gore, które do dziś może liczyć na masowego widza (choćby w kolejnych powrotach Teksańskiej Masakry, czy Wzgórza Mają Oczy) i w mniejszym stopniu do kina nurtu exploitation, które jednak nie czerpało tak chętnie z klisz horroru i sf, tak charakterystycznych dla Splatterpunka.

Przypomniałem sobie ten gatunek przy okazji grania w Super Meat Boy, na które, w wersji na maca, czekałem prawie rok. Szybki opis dla niezorientowanych: SMB to potwornie trudna platformówka, w której idealne przejście każdego poziomu trwa kilkanaście sekund, przy czym w praktyce, nie ma opcji, żeby taki poziom przejść za pierwszym podejściem. Kiedy już za n-tym razem uda nam się przetrwać do samego końca, możemy zdjąć obolałe palce z pada (granie na klawiaturze jest możliwe, ale grozi wieloma schorzeniami dłoni i stawów) i ze łzami w oczach obejrzeć powtórkę – armia meat boyów z każdego naszego podejścia na raz wpada do lawy, na kolce i piły tarczowe, aż w końcu zostaje ten jeden, któremu zawdzięczamy kolejny poziom masochistycznej przyjemności.

Super Meat Boy ma na tyle przyjemną retro grafikę, że mogę usiąść do niego na chwilę, nawet przed godziną 21:00, czyli zanim moje córy pójdą spać. Oczywiście ogólna pikseloza i bardzo przyjemne chiptunes przyciągają dzieci, więc pojawiły się pytania;

– Kto to?

– To Meat Boy. jest cały z mięsa – w czasie odpowiedzi następują dwie śmierci czerwonego ludzika, którego krew rozbryzguje się po ostrzach piły i okolicznych powierzchniach płaskich.

– A co on robi?

– Ratuje swoją dziewczynę Bandage Girl. Ona jest cała zarobiona z bandaży i porwał ją zły Doktor Fetus. No… ten robaczek w słoiku z cylindrem – Mała obserwuje przez chwilę jak Meat Boy wpada po raz dwudziesty na te same kolce.

– Fajny jest ten ludzik, ale ta gra jest chyba trudniejsza od Little Big Planet.

Co się stało ze splatterpunkiem? Pękł i zbryzgał zgniłymi flakami wszystko co miał w zasięgu.