Archiwum | Listopad, 2011

Powrót na księżyc

29 List

Apollo 18. Kolejny mocumentary skazany na średni odbiór. Częściowo przez wykształconą odporność widza na ściemę producentów, bo kto dziś jeszcze wierzy, że w miasteczku na Alasce kosmici porywali ludzi? Kto sprawdza źródła, słysząc o diabolicznych dzieciakach i demonach opętujących amerykańskich mieszczuchów? Lubimy być oszukiwani, ale urok kłamstwa, w którym oglądamy autentyczne taśmy studentów, zaginionych w lasach Maryland, wyparował w kotle pełnym fałszywych stron internetowych i ukrywających się aktorów.

Czy ten gatunek ma nam jeszcze cokolwiek do zaoferowania? Oczywiście! W końcu to powrót do korzeni horroru. Już sama forma, technika, czy przyjęta konwencja stawiają na atmosferę i powolne budowanie napięcia. Najbardziej boimy się rzeczy, których nie widzimy – tych, które musimy sobie dopowiedzieć, bo prawdziwy strach drzemie w naszych głowach, a nie na ekranie.

Zegarek mi mówi, że upłynęło już z górą czterdzieści godzin od chwili, kiedyśmy tu spadli; spadliśmy w nocy, a słońce jeszcze nie wzeszło. Spodziewamy się je ujrzeć dopiero za dwadzieścia kilka godzin. Wzejdzie i pójdzie po niebie leniwie, dwadzieścia dziewięć razy wolniej niż tam, na Ziemi. Trzysta pięćdziesiąt cztery godzin będzie świecić nad naszemi głowami, a potem przyjdzie znowu noc, trwająca trzysta pięćdziesiąt cztery godzin. Po nocy znów dzień, taki sam jak poprzedni i znowu noc i znów dzień — i tak bez końca, bez odmiany, bez pór roku, bez lat, bez miesięcy…
 Jeśli dożyjemy…

Apollo 18 stara się podnieść poprzeczkę, wykorzystując miejsce, którego ten nurt jeszcze nie wyeksploatował. Wygląda na to, że oficjalnie anulowane, kolejne po 17, misje Apollo jednak się odbyły, a materiał filmowy, zarejestrowany podczas jednej z nich właśnie wyciekł do internetu. Teraz możemy sami się przekonać, czemu nikt nie kwapił się do kolejnych podróży na księżyc.

 Gdyśmy zdarli z niego powietrzochron, przedstawił nam się straszny widok. Twarz obrzękła i sina, zlana była cała krwią, cieknącą obficie z ust, nosa i oczu; na nabrzmiałych dłoniach i na szyi widać było także gęste krople krwi, choć nic mogliśmy nigdzie odkryć rany.

Pomimo kilku wad, to film raczej udany, niestety nie na tyle, żeby na trwałe zakorzenił się w świadomości widza. Brakło atmosfery (pun intended) – choć miejsce akcji teoretycznie jest idealne do jej zbudowania. Nie było w tym filmie klaustrofobii, wyobcowania, nie było interakcji trzech kosmonautów, w ciasnej przestrzeni księżycowego lądownika. Wielbiciel tego typu kina dopowie sobie to wszystko i ostatecznie będzie się dobrze bawił. Przypadkowy widz znudzi się po kilkudziesięciu minutach. Szkoda.

 — Wtem… zobaczyłem… dwa cienie — nie! dwóch ludzi, trupów czy upiorów — wyszli z pod bramy i posuwali się wprost ku mnie… Nogi zadrżały podemną. Zamknąłem oczy, chcąc odegnać przywidzenie, ale gdym je po chwili znów otworzył, zobaczyłem… cztery kroki przed sobą — obu braci Remognerów! Stali obaj, trzymając się za ręce, okropni, nabrzmiali, skrwawieni, tacy, jak ich znaleźliśmy — i patrzyli obaj we mnie tak strasznie… Znacie mnie, nie jestem lękliwy, nie jestem skłonny do przywidzeń — ale to wam mówię, oni tam stali i ze strachu zamieniłem się w bryłę lodu. Nie mogłem się poruszyć, odwrócić… Wtedy oni zaczęli mówić, tak, mówić! a ja słyszałem ich głos, choć tam nie było powietrza, tak jak was tu słyszę. Spytali mnie naprzód, po co przychodzę? Starszy kazał mi się wrócić, a młodszy dodał, żebym był cierpliwy, bo wkrótce, choćbym i nie chciał, przyjdę do nich do trupiego miasta, ale nie pierwej, aż będę wyglądał tak, jak oni, a potem tak, jak O’Tamor. Mówiąc to, uśmiechali się obaj złośliwie strasznemi. nabrzmiałemi usty.

Tym bardziej, że ta tematyka, w tych nieziemskich okolicznościach przyrody, była już przerabiana w innym medium, ponad sto lat temu. Pierwsza część Na Srebrnym Globie Żuławskiego to mocumentary z piórem zamiast kamery. Może to właśnie jej forma sprawiła, że jako dziecko byłem autentycznie przerażony martwym miastem, które zabiło jednego z członków załogi, a Szernowie zagościli na jakiś czas w moich koszmarach. Szkoda tylko, że za sfilmowanie tej książki wziął się młodszy Żuławski i zakrzyczał niezły, jak na tamte czasy, obraz i emocje politycznym bełkotem. Może, gdyby wzięli się za to studenci z Maryland, dostalibyśmy obraz, który w przeciwieństwie do Apollo 18 zapadłby w pamięć komuś więcej, niż tylko maniakom horrorów.

 Jakie to zabawne, że my jesteśmy na Księżycu! A może mi się śni tylko? Bo zkądżeby się tu wzięły psy? Była Selena, ale zdechła; były i szczenięta, ale to nie są szczenięta, to są duże psy i pewnie złe… Nawet jest ich więcej, cztery, nie! tam jeszcze kilka, i tam, i tam, rany boskie! zkąd tu tyle psów! — Gdzież jest Woodbell? Coś się z nim stało, ale nie pomnę… Było mu Tomasz na imię…
 Ktoś stoi przy mnie i mówi, żebym się położył, bo mam gorączkę. A wszystko jedno! dlaczegóż ja nie mam mieć gorączki? czy mi nie wolno…
 Pióro robi się strasznie ciężkie, muszę je rzucić. Przyrosło mi do palców, ale i palce moje są ciężkie… Nie wiem, co to wszystko znaczy, — słyszę jakieś dwa głosy obok siebie, — już nie mogę…

Płacz w piwnicy

17 List

Pamiętam dobrze, że pierwszą, poważną konsolą jaką podłączyłem do telewizora, była Sega Master System II. SMS II była zajebista, bo miała wbudowanego Sonica i była zajebista. Oprócz tego można było na niej odpalić Dragon Crystal – roguelike’a (- grafika ASCII), który swym losowym i wyrachowanym sadyzmem odebrał mi kilkadziesiąt godzin młodego, niewinnego życia.

Gra była piekielnie trudna: każdy krok postaci wiązał się z coraz mniejszą ilością skąpo rozsianego po poziomach jedzenia, a kiedy kończyło się jedzenie, nasz dzielny rycerzyk tracił zdrowie. Wszystkie przedmioty były kodowane kolorami, które zmieniały się z rozgrywki na rozgrywkę – kluczem do przeżycia było kilka pierwszych poziomów, na których testowaliśmy na sobie żółte napoje, niebieskie laski i różowe zbroje w zielone grochy. Kilka łyków fioletowego napoju mogło przywrócić wszystkie punkty życia, ale mogło też namieszać w głowie biednego rycerzyka i spowodować, że każde naciśnięcie krzyżaka ruszało postacią w losowym kierunku.

Wydawałoby się, że jako duże, mądre i dojrzałe dziecko nie chwycę się za grę, która tak brutalnie rozprawiałaby się z wszelkimi próbami taktycznego myślenia i strategicznych zagrywek… Tylko, że nie.

Oto jeden z twórców Meat Boya stworzył grę pokrewną wiekowemu Dragon Crystal; zamienił setting fantasy na kreskówkowe ludziki, dodał odjechane przedmioty, skrócił grę do 30-90 minut/rozgrywkę i przemielił wszystko przez maszynkę do robienia horrorów. Tak w telegraficznym skrócie wygląda Binding of Isaac.

Isaac jest pechowym dzieckiem: rzucano w niego kupą, zamykano w skrzyni, ściągano gacie, zostawiano w ubikacji bez papieru, śmiano się z jego pięknej peruki, a przede wszystkim, jego matka naoglądała się zbyt dużo religijnej telewizji i chwytając za nóż, rusza do pokoju syna

(Przy okazji możemy delektować się głosem Matthiasa Bossi, pałkera Sleepytime Gorilla Museum, który podkłada wszystkie głosy w grze)

Isaac rusza do piwnicy, gdzie używając losowych znajdek, stawi czoła wszystkiemu, co w piwnicach zwykle czyha; czyli dzieciom, z głowami napuchniętymi od larw, robakom, kawałkom mięsa, muchom, bezgłowym ciałom, bezcielesnym głowom, czterem jeźdźcom apokalipsy, szatanowi, a w końcu matce i jej sercu.

Główną bronią Isaaca są łzy, które może wzmocnić za pomocą przedmiotów znalezionych w piwnicy, na przykład zwykłego, drucianego wieszaka. Kto by pomyślał, że wbijając go sobie w oko, zwiększymy tempo płaczu? Możemy też znaleźć losowe pigułki, które podobnie jak napoje w Dragon Crystal, zwiększą nasze współczynniki, lub wywołają bombową (dosłownie) biegunkę. Są też pomocne płody (braciszek Bobby i siostrzyczka Maggy), karty tarota, przydatne ekskrementy, Pismo Święte,  Necronomicon i cała gama martwych zwierzaków (lub ich części).

Judasz, po przeczytaniu księgi Beliala

Po spełnieniu kilku warunków możemy też zagrać: Magdaleną (zaczyna z pysznym sercem, które po zjedzeniu odzyskuje nam 1 punkt życia), Ewą (Dziwka Babilonu zamieni ją w demona, a broni jej martwy ptak), Judaszem (zaczyna z 3 monetami i Księgą Beliala), Kainem (nie ma oka, za to startuje z kluczem i szczęśliwą stopą).

Przepakowana Magdalena. Ma tytuł doktora, aurę much, grzybka 1UP, MeatBoya w drugim stadium, magnes, kilka blood packów i kupę na głowie

Całość zapakowana jest w kilkadziesiąt minut soczystej rozgrywki, więc chłopcy i dziewczynki mogą rozegrać kilka partii pomiędzy kolacją i paciorkiem, bez żalu, że trzeba odłożyć pokonanie kolejnego bossa na zaś.

Tylko, żeby nie było, że nie ostrzegałem – Binding of Isaac wciąga jak kosiarka w Martwicy Mózgu, więc grać na własną odpowiedzialność!

 

Święto zmarłych

1 List

Skończyłem wczoraj oglądać pierwszy sezon The Fades i muszę przyznać, że to kawał solidnej roboty. Z początku trochę marudziłem, że serial próbuje być nowym Carnivale, a wiadomo jak kończą takie programy. Na szczęście producenci zdawali sobie chyba z tego sprawę, bo w sześciu odcinkach ładnie zamknęli większość wątków, zostawiając sobie jednocześnie otwartą drogę do kolejnych sezonów. Jest pewnie zbyt wcześnie, żeby prorokować czy historia z The Fades będzie miała ciąg dalszy, ale wszystko było tak zgrabnie zamknięte, że nie będę płakał, jeśli ktoś postawi na serialu kropkę.

W dużym skrócie: zmarli, którzy nie idą w stronę światła zostają na ziemi i są widzialni dla grupy osób, pojawia się też potworowaty duch, który ciągnąc za sobą rzesze „zgasłych” odkrywa sposób na powrót do świata żywych. Na jego drodze staną ludzie którzy widzą zmarłych i jeden chłopak, którego sny wieszczą rychłą apokalipsę.

Fabuła jest dobrze napisana, widz nie będzie musiał się przez kilkanaście odcinków męczyć z rozwiązaniem zagadek, a twisty fabularne zgrabnie budują napięcie. Na duże brawa zasługują postacie; Archetypowy mędrzec, który wtajemnicza głównego bohatera w świat zgasłych, jest samolubnym skurwielem. Główny zły ma charyzmę i diaboliczność godną brata Justina, a jednocześnie więcej racji niż tamten miał przez całe dwa sezony trwania Carnivale. Ale przede wszystkim błyszczy najlepszy kumpel głównego bohatera – Mac. Jego geekowata nawijka nie ma sobie równych. Sam ze sobą dyskutuje, zbija swoje własne argumenty i wyjeżdża z najbardziej odjechanymi tekstami; Z jakim superbohaterem się identyfikuje? Z Chrystusem.

Oglądać – naprawdę warto.