Archiwum | Wrzesień, 2011

Było tak

23 Wrz

że napaliłem się na płytę kapeli Day Without Dawn. Zewsząd słyszałem zachwyty, a kawałek, który wtedy (czyli kilka lat temu) dało się wynorać na tubach niesamowicie mnie bujał:

Ale nie udało mi się trafić nigdzie całej płyty. Trafiłem za to na Postman Syndrome, czyli wcześniejszą inkarnację DWD. Z początku odrzucił mnie lekko pan który wrzeszczał do mikrofonu, ale płyta była na tyle intrygująca, że wciąż haczyła o ówczesne plejlisty. Kiedy w końcu osłuchałem się z wrzaskami jednego z wokalistów, znałem już też całe Understanding Consequences – obie płyty zakorzeniły się już mocno w mojej prywatnej czołówce.

Jest coś hipnotyzującego w tej muzyce – spokojniejsze partie przyjemnie myrają gitarowym tłem, a wokal Jima Stanga (ten ładny, zawodzący) zajebiście mi pasuje. Aż szkoda, że pan Stang zbija obecnie bąki i nie nagrywa niczego nowego. Oczywiście kiedy trzeba przypieprzyć, to też wszystko jest na swoim miejscu – jest odpowiednio ciężko, zostawiając jednocześnie miejsce na bardziej finezyjne smaczki (kawałek wyżej, od 3:20!).

To, do czego panowie z New Jersey nie mieli szczęścia to wciąż zmieniający się skład. Postman Syndrome rozpadł się na DWD i East of the Wall. Day Without Dawn rozpadło się tuż przed wydaniem pierwszego longplaya, a po odejściu Stanga powstał Biclops, który nie bawił się w wydawanie płyt, tylko po roku połączył się z East of the Wall. Kiedy historia zdążyła zatoczyć koło, byli muzycy Postman Syndrome zdecydowali się poprawić humor fanom. W 2010 ukazał się drugi album – God Relieve our Grief: A Mausoleum of Stillborn Demos. Ta płyta jest idealnym dopełnieniem tego co prawie zniknęło po odejściu Jima Stanga z Day Without Dawn. Słuchanie obowiązkowe, dla wszystkich, którym podobało się Terraforming i Understanding Consequences. W ogóle słuchanie obowiązkowe – wracam do tych płyt dość często i jak w niewielu rockowych przypadkach, żadna z nich nie wywołuje u mnie chęci przeskakiwania poszczególnych kawałków w nagłym napadzie żeny.

Reklamy

Lecimy w kulki

18 Wrz

Ponoć pierwszym krokiem do wyjścia z uzależnienia, jest przyznanie się przed samym sobą, że jestem uzależniony. Jako, że ten etap mam już za sobą, to jak inaczej zwalczyć nowy nałóg, jak nie za pomocą jakiegoś starszego?

Jeden z elementów salonów z automatami (RIP), który utkwił mi na dobre w pamięci, były dostojne maszyny, zwane potocznie fliperami. Charakteryzowały się tym, że w przeciwieństwie do nowszych automatów arcadowych, miały dużo mechanicznych elementów, robiły ping i bling, oraz stały zwykle zapomniane w kącie, bo starsi bywalcy woleli odstawiać hujale w Punisherze i fatality w Mortalu. No i były piękne, a w każdym bądź razie ja się zakochałem. Oczywiście stół stołowi nierówny – zdarzały się buble – ale generalnie, stół pinballowy zgniatał pierwszego lepszego nowicjusza, który z powodu tłoku przy pozostałych automatach wrzucał z nudów monetę i bawił się przez chwilę trzema stalowymi kulkami. Za to wystarczyło poświęcić kilka żetonów, przyjrzeć się przez czas jakiś grze osiedlowych wymiataczy, żeby wiedzieć, które rampy, w jakiej kolejności i z jakimi bonusami odpalać, by zabłysnąć przed pozostałymi wagarowiczami i zyskać rispekt na dzielni.

Jednym z moich marzeń, było wówczas posiadanie na własność takiego flipera. Najlepiej genialnego stołu Twilight Zone, wyprodukowanego przez Midway/Bally (to dzięki nim cała masa licencji filmowych i serialowych, została przetłumaczona na odbijanie metalowych kuleczek).

Oczywiście stołu nigdy nie kupiłem, ale w Twilight Zone i wiele innych pinballi nagrałem się w domowym zaciszu, dzięki emulatorowi Visual Pinball. Nie jest to na pewno to samo co prawdziwy stół, ale w mojej okolicy dawno już nie ma salonów z automatami, a w knajpach królują zupełnie inne automaty, które nie dość, że w ogóle mnie nie kręcą, to jeszcze wkurwiają podczas spożywania posiłków.

Oczywiście próbowałem też wielu stołów, które natywnie pokazywały się na domowych sprzętach do grania – od telewizyjnych fliperów na Pegasusa, przez Pinball Dreams na Amidze, aż po niesławnego pinballa dołączanego do XPka, który odstraszał koszmarną grafiką. Była też seria symulatorów pinballi wydawana przez Empire Interactive (RIP) – ProPinball. To one, a przede wszystkim drugi z czterech wydanych, były powodem domowych spędów i współzawodnictwa z każdym, kto chciał choć chwilę spędzić przy domowym pececie.

Timeshock jest piękny, pod każdym względem – to stół, który ilością możliwych bonusów i detali przewyższa nawet Twilight Zone. Wszystko jest idealnie zrównoważone – prędkość kulki, nachylenie stołu czy to, jak stół się zachowuje podczas „miłosnego” pchnięcia. Są minigry, ballsave’y, multiballe, rampy – wszystko jest na swoim miejscu. Nawet przepiękne stoły Zen Pinball z PS3 nie są godne wymienić w nim wirtualnej gumki w bumperze. To była gra, która po kilku dniach grania wywołała w bardzo niewyspanym człowieczku stwierdzenie: to mi wystarczy. Nie muszę mieć prawdziwego stołu.  Jestem w niebie.

Wczoraj w nocy, próbując powstrzymać się przed kolejną partią Tichu, zacząłem przeglądać AppStore i trafiłem na Slayer Pinball. Niby fajne, ale flippery jakieś zbyt długie, mało bonusów i ramp – godzinkę można się pobawić, ale zostawia po sobie niedosyt. Więc odkurzyłem pudełko z płytami i wyciągnąłem Timeshocka. Działa. Wróciłem. Missed me?

Nałóg

14 Wrz

Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy zaczyna się zastanawiać nad sobą. Nie chodzi mi tak na prawdę o własne osiągnięcia i niedociągnięcia, co o wstręt do nałogów, w które (nieo)patrznie wpadłem. Są używki, które z racji swej niskiej szkodliwości pominę (fags, fags, fags)[1], a zajmę się tu prawdziwym potworem.

Pozornie, Tichu to tylko zwykła gra karciana, której zasady, to mieszanina tysiąca, brydża i nasienia szatana. Instrukcja wspomina, że gra jest nie dość, że tradycyjna, to jeszcze chińska (już powinny zapalać się wszystkie lampki ostrzegawcze – altmedgame warning).  Ci którzy zawodowo mydlą nam oczy twierdzą, że gra powstała w 1991 roku. Oba powyższe stwierdzenia to parszywe kłamstwa. Tichu jest wymysłem samego diabła, a powstało zapewne w okolicach roku psa – 223.[2]

Wystarczy zebrać w jednym miejscu kilku graczy, aby ujrzeć zgubny wpływ jaki ta gra ma na ludzki umysł. Jeśli do grania zebrały się akurat cztery osoby, to wiadomo, że zaraz zaczną grać w Tichu. Nawet, jeśli na stole leży ledwo co kupiona planszówka, która zapowiadała się „takbardzodobrze”, to wszyscy spoglądają już tęsknie w stronę niewielkiego, czerwonego pudełeczka – z pewnością ktoś zaproponuje, żeby tylko szybką partyjkę, a potem coś innego (szybka partyjka kończy się o świcie, kiedy złe moce idą luli). Jeśli graczy jest więcej, to zawsze można wcisnąć Monopol, lub środki nasenne nadprogramowym, tak by czwórka uzależnionych mogła poświęcać się swoim mrocznym pasjom.

Istnieje osobny krąg piekielny, specjalnie dla graczy, którzy spotykają się w trójkę, lub dwójkę – widmo Tichu wisi nad nimi jak cień sznura;

„Hej, to ilu na dziś będzie? Troje? Wezmę, wezmę tak na wszelki wypadek. A może wybiorę się dziś do was z psem? Ostatnio szło mu całkiem nieźle. Co? Nie, ty będziesz grał z nim w parze.”

Niedawno nawet to się zmieniło – nowa, jeszcze bardziej perfidna instrukcja wprowadziła wariant dla trzech i sześciu graczy. W praktyce, trójka czuje niedosyt, dając później ujście negatywnej energii (by odreagować, grają w trójkę w Cytadelę lub spychają staruszki ze schodów). Szóstka szybko może doprowadzić do rozlewu krwi, gdy gracze próbują ograniczyć populację pokoju, do przepisowych czterech osób.

Osoby samotne też nie są już bezpieczne – możemy mieć trzech graczy za cenę urządzenia z systemem iOs. Dopiero tutaj nałóg pokazuje pełnię swego destruktywnego wpływu. Szybkie rozdanie w ubikacji kończy się hemoroidami. Rozpad więzi rodzinnych i małżeńskich to tylko kwestia czasu. Nie patrzymy już na inne gry, które pojawiają się w appstore. Mamy trzech graczy w kieszeni. To, że partner gracza zawsze podejmie najgłupszą możliwą decyzję jest zupełnie pomijalne. Jeszcze tylko jedna ręka. Jeszcze tylko…

[1] bryt.

[2] jedna z kombinacji, która potrafi doprowadzić do szewskiej pasji (90% że ją otrzymamy, jeśli deklarowaliśmy duże tichu)

Zamiast tortu

1 Wrz

Dziś mija rok od pierwszego wpisu na blogu. Aż muszę się sam poklepać po pleckach – cała szczytna idea nie padła po miesiącu, pomimo mojego słomianego zapału. Przekulało się nawet jako tako aż do teraz, zwalniając trochę ze względu na zapierdol i doły, jakie zafundowała mi firma w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jest też całkiem spora szansa, że wytrzyma do przyszłorocznych wakacji, kiedy powinno się zrobić odrobinę luźniej.

Przez ostatni rok dowiedziałem swielu kilku jednej rzeczy o sobie. O wiele łatwiej jest mi siąść do klawiatury, kiedy czymś się podniecam – z braku czasu nie mam motywacji, ani chęci, żeby hejterzyć. Za to udało mi się puścić w sieć trochę obrazków (tych ruchomych i nie), nutek i liter, którymi normalnie, w odrobinę innych warunkach geograficznych, zamęczałbym znajomych – to jest dopiero sukces!