Archiwum | Sierpień, 2011

Ziemia odrodzona

27 Sier

Czasem ciężko jest się zdecydować na zakup gry, która nie dość, że nie ma prostych zasad, pozwalających na szybkie rozpoczęcie rozgrywki, to dodatkowo wymaga raczej stałej grupy, aby móc ją ogarnąć w całości. No ale wiecie – modułowa plansza, odrobina plastiku, a zaczynają się trząść pode mną nogi. W końcu się złamałem i Earth Reborn trafiło na moją półkę. Po dwunastu rozgrywkach mogę spokojnie stwierdzić: było warto!

Nie przedarłem się wprawdzie jeszcze z nikim przez wszystkie misje treningowe, ale już od drugiej misji, która wykorzystuje jedynie niewielki procent pełnych zasad, rozgrywka jest ciekawa, oferując olbrzymią elastyczność taktyczną.

Misja 2

Ale zacznijmy od początku; Earth Reborn to gra taktyczna, osadzona w postapokaliptycznym świecie, w którym walczą ze sobą dwie frakcje (przypuszczam, że w dodatkach mogą pojawiać się nowe). NORAD to pozostałości po Pentagonie, a Salemici, to okultyści zajmujący się wskrzeszaniem zombie. Właściwie, to powinno starczyć – nie wymagam od planszówek, żeby miały genialną, wciągającą fabułę, ale akurat tu, ktoś się uparł i w podręcznik ze scenariuszami wcisnął 10 stron rysu historycznego. Wiem – można nie zawracać sobie nim głowy, ale cała gra jest nieźle przemyślana – zasady wspierają klimat i balans. Niestety historia, to spisane na kolanie badziewie, które bynajmniej nie zachęca do dalszego poznawania gry.

No ale tak jak pisałem, historię można zupełnie olać, bo już wprowadzenia do misji są niczego sobie, budują lekko prześmiewczy klimat sajfaj, który ładnie wpisuje się w poszczególne scenariusze. Jeśli już jestem przy misjach, to nie wypada nie zauważyć, że wykraczają poza schemat „zabij wszystkie postacie przeciwnika”, który często jest dominujący w grach, gdzie rozgrywamy potyczki niewielkimi oddziałami. Praktycznie zawsze, do zwycięstwa prowadzi kilka ścieżek, bardzo często polegających na odbiciu jakiegoś przedmiotu, ucieczce lub skorzystaniu z jakiegoś pomieszczenia.

Misja 3

Profesor John Kendall próbuje dostać się do swojego laboratorium,gdzie wstrzyknie sobie antidotum i uwolni śmiertelnego wirusa, który w kilka minut zabije atakujących żołnierzy NORADu i żywych Salemitów.

Grę poznajemy modułowo. Rozgrywamy kolejne scenariusze, z których każdy wprowadza dodatkowe zasady, komplikujące i dające nowe opcje rozgrywki. W pierwszej misji tylko biegamy i walczymy wręcz, w drugiej licytujemy się o inicjatywę, w trzeciej dostajemy pierwsze przedmioty i zaczynamy strzelać, w czwartej korzystamy ze specjalnych właściwości przedmiotów i pomieszczeń itd. Wszystko jest ze sobą połączone w logiczny i czytelny sposób, dzięki czemu, rozgrywanie kolejnych misji z tym samym przeciwnikiem, wymaga jedynie skrótowego opisania nowych zasad, a gra potrafi być niesamowicie zajmująca, nawet przy minimalnej komplikacji (chociaż polecam pominąć pierwszy scenariusz).

Misja 4

Żołnierze NORADu właśnie włamali się do kompleksu Salemitów. Jessica Hollister rozkłada miny, a Jeff Deeler stara się dotrzeć do kostnicy, żeby wskrzesić kolejnego zombie. 

Wszystko to powoduje, że gra nie jest powtarzalna i wydaje się, że starczy na długo. W sieci już pojawiają się dodatkowe scenariusze – przypuszczam, że przyjdzie też czas na nowe elementy podłogi i nowe frakcje.

Reklamy

Karmiąc wewnętrznego skwaszeńca

25 Sier

Stało się. Dałem się porwać fali achów i ochów jaka przetoczyła się jakiś czas temu na gplusie i pomimo chronicznego braku czasu zobaczyłem sobie Black Books. Najpierw ostrożnie, jeden odcinek, a potem było już z górki – sezon za sezonem (czyli krótko, bo serial zamyka się w trzech). Pewnie można się uczepić, że właściwie nie ma w nim nic odkrywczego, że sitcom, że było. Ale za to ten serial, jak żaden inny potrafi nakarmić twojego małego, wewnętrznego skwaszeńca, głównie dzięki zajebistej roli właściciela tytułowego antykwariatu, Bernarda Blacka.

No bo kto, kto choć raz parał się kontaktami z szeroko pojętym klientem, nie ucieszy się na widok stadka wyganianego ze sklepu za pomocą miotły i okrzyków przez megafon? Kto nie zachłyśnie się ze szczęścia, kiedy rabat zmniejszy jednocześnie cenę i objętość sprzedawanej książki? Kto radośnie nie zakwili na widok zdziczałego samca, który po dwóch tygodniach uwięzienia w zamkniętym antykwariacie, pierzcha ku wolności z odnalezionym tomiszczem?

Zresztą, warto zobaczyć, choćby tylko dla najlepszej, demonicznej roli Simona Pegga jaką dane mi było widzieć:

Najpiękniejsze jest to, że Black Books odkryło przede mną dwóch genialnych komików; Bill Bayley obił mi się wcześniej rykoszetem gdzieś po tubkach, ale dopiero po serialu trafiłem na stand-upy Morana – a jest w nich wszystko to, co najlepsze w Bernardzie Blacku