Archiwum | Maj, 2011

Who a child can kill?

9 Maj

Nienawidzę, kiedy filmowcy, szczególnie ci, zajmujący się horrorem, ograniczają swoje tricki do szantażu emocjonalnego. Są filmy, w których właśnie to ma stanowić ten pomost pomiędzy widzem a ekranem, a tu, najtańszym spoiwem jest dziecko. Każdy przejmie się losem dziecka, o ile nie jest to wkurwiający bachor, czujemy się wręcz odpowiedzialni za to, żeby dzieciakowi włos z głowy nie spadł. Pierwszym horrorem, który wywlókł ten mem na lewą stronę i przejechał się po nim buldożerem, była Noc żywych trupów. Dokumenty o współczesnej grozie potwierdzają, że świadomość widzów została wręcz zgwałcona widokiem dziewczynki zombie, zabijającej swoich rodziców. Od tamtego czasu powstało oczywiście wiele filmów, w których to właśnie dzieci grały pierwsze skrzypce w okrucieństwie. Oprócz Omenów warto tu wymienić takie filmy jak choćby Who Can Kill a Child, czy bardziej współczesny Ils.

Czym, od wielu innych filmów różni się Home Movie? Zdecydowanie nie bazuje na opisywanym wyżej szantażu emocjonalnym, ale zacznijmy od początku.

Home Movie jest kolejnym filmem, stwarzającym pozory autentyczności, poprzez pseudo-amatorskie nagranie kamerą wideo. Udokumentowane są tu losy rodzinki, która po przeprowadzce na wieś, stara się uporządkować swoje życie, a przede wszystkim poradzić sobie z problemami, których głównym źródłem są dzieci. Z początku wszystko wydaje się prawie idealne, przemiła matka, fantastyczny ojciec i rodzeństwo – brat i siostra. To oni stanowią główne źródło ciar, które przemaszerują przez wasze plecy podczas oglądania Home Movie. Nienaturalnie cisi, momentami agresywni, mamroczący pod nosem coś, w swoim własnym języku. Od samego początku można się spodziewać co będzie dalej (i to nie jest wadą filmu!)

Obiektami sympatii widza, praktycznie od samego początku, stają się matka – psycholożka i przede wszystkim ojciec – ewangelicki pastor. To są wymarzeni rodzice – dbający i zajmujący się cały czas swoimi dziećmi. Zawsze mają czas na zabawę i wygłupy. Tolerancyjni i wyrozumiali, ale sprawiedliwi. Bajka.

Nie będę zdradzał szczegółów fabuły (chociaż to nie jest kino z twistem), ale prawdziwy mindfuck nadchodzi w momencie, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, kto trzyma w ręku kamerę. Wtedy nachodzi nas refleksja; Czy widzimy wszystko? Czy rzeczywistość jest tak piękna jak przedstawia to nagranie, które zawsze, nawet kiedy jest ruchome, pokazuje najlepsze fragmenty rzeczywistości? Przecież takie nagranie można skasować w momencie, kiedy rozzłoszczony ojciec już, już, ma walnąć pięścią w stół. Czy w szafie rzeczywiście mieszka mężczyzna, który wychodzi nocą, by rankiem rodzice dojrzeli ślady ugryzień na rękach dzieci? Początkowa sympatia ustępuje miejsca wątpliwościom – jak na prawdę wyglądało życie rodziny Poe? Skoro film nie zawiera konkretnych odpowiedzi, my możemy znaleźć je sobie sami.

Reklamy

Topor dzieciom

7 Maj

Książki dla dzieci są do niczego. Jasne, wiem, nie wszystkie – ale te, które najbardziej przyciągają dziecięce oczy, te, które sprzedają się dzięki postaciom z bajek wyskakującym z okładek, to najczęściej gówno najniższej jakości. Słaby przekład bez korekty to jedno – historie które pojawiają się w tych książeczkach nie są warte otwarcia gęby, ani dziesięciu minut, które są potrzebne żeby je przeczytać na głos. Oczywiście u mnie w domu trochę ich się znajduje, w końcu jak tu odmówić, kiedy brzdąc prosi: „Te z wróżkami, tę z Kubusiem, tę z syrenką”- ja w każdym razie zastosuję każdy możliwy wykręt, żeby czytać coś innego. Mistrzostwo sprzedawania ładnie zapakowanego gówna to Disney. Najgorszą książką dla dzieci, jaka znalazła się u nas w domu, jest 365 bajek na dobranoc.

W dużym skrócie: wielkie, pięknie wydane tomisko, z jedną bajką na każdy wieczór. Starring: various heroes from Disney cartoons. Problem w tym, że króciutkie opowiastki nie mają nic do zaoferowania. Ani historii, ani morału, ani nawet związku z datą pod którą są umieszczone. Te 365 zatęchłych kawałków skamieniałych ekskrementów u mnie wywoływało odruch wymiotny. Na szczęście nawet moje dziewczyny szybko zorientowały się, że jeśli przy opowiadanku jest ciekawy rysunek, niekoniecznie oznacza to ciekawą opowieść. Czasem, jeśli nie widziały filmu Disneya, którego pierd stanowi dana historyjka, to ciężko jest cokolwiek zrozumieć – wszystko tu jest wyrwane z kontekstu i bezsensowne. Zresztą, weźmy takiego Kubusia Puchatka – to, gdzie obecnie pojawia się głupiutki miś najczęściej nie ma nic wspólnego, ani z pierwszą bajką, ani tym bardziej z oryginalną książką.

Właśnie z tych powodów, cieszę się jak głupi, kiedy uda mi się znaleźć coś, co mogę bez wstydu przeczytać córkom. Ostatnio trafiłem na Misiostwo Świata Grzegorza Janusza i tak bardzo podjarałem się tą książką, że po kilku przeczytanych opowiastkach siadłem i doczytałem do końca sam. Książka, to zbiór króciutkich opowiadań. Nie każde ma wyraźny morał, a żadne nie traktuje dziecka jak małego idioty. Autor bawi się słowami, tworząc imiona pasujące do każdej historii, a zdania są skonstruowane w taki sposób, żeby i dziecko, i dorosły mogli się uśmiechnąć. Powiem więcej – sam chichrałem się jak głupi, przy kilku opowieściach.

Swobodnie jak spodnie

Żółte spodnie w różowe samoloty marzyły, by leżeć dobrze na kimś, ale wciąż leżały na najniższej półce w sklepie. Nikt ich nie chciał. Spodnie czarne, brązowe czy niebieskie sprzedawały się lepiej niż świeże bułki w piekarni sąsiadującej ze sklepem odzieżowym. A żółte w różowe samoloty czekały na klienta, zazdrościły tamtym, że wyruszają w szeroki świat, i ze wszystkich sił starały się nie tracić fasonu.

Struktura i nienachalny, niełopatologiczny sposób pisania niesamowicie kojarzą się z opowiadaniami Rolanda Topora. Oczywiście w Misiostwie nie ma makabry, krwi, flaków i raczenia się trunkami wyskokowymi, za to jest dużo ciepła i podobny, Toporny humor.

   – Widzi pan, mam bardzo słaby wzrok – rzekł cicho jaszczur. – Czy może mi pan pomóc?

– Oczywiście. Na tym polega moja praca.

Pan Patrzyk wyjął plansze do badania wzroku i pokazał jaszczurowi pierwszą. Plansza przedstawiała owady. W górnym rządku widniały czarne sylwetki motyli, pod motylami były chrząszcze, niżej pszczoły, a na samym dole rządek mrówek.

– Co pan tu widzi?

-Co to może być? – Jaszczur jeszcze bardziej wytrzeszczył żółte ślepia. – Już wiem. To chyba jakaś plansza.

Postacie, na których oparte są historie, są bardzo sympatyczne i świetnie scharakteryzowane, jak na długość (czy raczej krótkość) opowiadań, bezproblemowo rozbawiają mnie i moje dziewczyny, nawet wtedy, gdy trzeba przerwać czytanie, żeby co nieco wyjaśnić.

Kupcie tę książkę. Jeżeli macie dzieci, to nie możecie tego nie zrobić (jako added bonus, czytając dzieciom jedną historyjkę każdego wieczora, książka starczy wam prawie na miesiąc). Jeżeli nie macie, i tak ją kupcie – po przeczytaniu zawsze można sprezentować znajomym, którzy dzieci mają. Absolutne Misiostwo Świata.