Archiwum | Marzec, 2011

Does trolling belong in music?

25 Mar

W 1984 roku, po wydaniu drugiej płyty, grupa Marillion ruszyła w trasę koncertową. Jestem pewien, że fani rocka progresywnego stawili się licznie, aby wzruszyć się, przy rzewnych i pełnych uczuć zwrotkach Jigsaw, by usłyszeć utwory godne łez błazna. W końcu mogli posłuchać na żywo muzyki, która ocierała się o ówczesny mainstream, ale mainstreamem nie była (i nigdy nie została, oprócz jednego utworu).  Muzyki ambitnej, pompatycznej – po prostu pięknej.

Stojąc pod sceną, z pewnością niecierpliwie oczekiwali, aby ujrzeć makijaż jaki tym razem będzie miał na twarzy Fish. Ale jeszcze chwila. Jeszcze support. Kurtyna w górę i oczom progresywnego tłumu ukazuje się, mniej więcej taki widok:

…i udaje im się strollować tłum. Biedni fani ambitnej, nietuzinkowej muzyki, niedocenianej przez Brytyjczyków, słuchających wówczas prostackiej, popowej sieczki, pokroju Frankie Goes to Hollywood, Wham! czy Paula McCartneya, rzucają w Cardiacs puszkami po piwie i petami. Na kilku koncertach, Fish musi osobiście uspokajać zdegustowaną publikę. W końcu, na którymś koncercie, jeden z fanów, w akcie desperacji, próbuje podpalić kurtynę. Cardiacs rezygnują z supportu ostatnich trzech koncertów.

Nie wiem – nie rozumiem, czemu nikt, kto zna moje gusta nie dał mi kopa w dupę, żebym posłuchał Cardiacs. To kapela która musiała mi się spodobać. Tymczasem trafiłem na nich zupełnie przypadkiem, przeglądając na ProgArchives zestawienie najlepszych płyt wrzuconych do szufladki RiO/Avant prog. Obok Mirthkonu (którego premierę przegapiłem, bo zapomniałem – kolejny argument za tym, żeby nie sprawdzać kapel przed wydaniem płyty) znalazła się okładka, z czterema uśmiechniętymi twarzami. Śpiewajcie Panu. Christian rock? Nieee – tak pięknie uśmiechnięte buzie nie promowałyby takiej muzyki. No to jak nie christian rock, to co? Sprawdźmy;

Whoah! Czego tu nie ma! Jest punk, ska, pop, marsze, cold wave. Są hymny śpiewane głosem chipmunka na speedzie. Nie ma rytmu, którego nie dałoby się złamać. Nie ma melodyjki, której nie można było zafałszować. Jest CHAOS! Jest pięknie!

Na pierwszy rzut ucha wydaje się, że właśnie chaos tu dominuje, ale wystarczy się wsłuchać, żeby usłyszeć pozorność przypadkowości. W każdym momencie istnienia grupy, za instrumenty chwytali naprawdę utalentowani muzycy, którzy skomplikowane, synkopowe rytmy i melodie podają z punkową werwą i humorem, okraszając wszystko koncertowymi wygłupami i surrealistycznymi tekstami.

You ever believed in big strong daddy-legs?
And do you believe in bad flying aeroplane?
Then you will rejoice in believing in dog-like sparky!
He’s all heaven sent but will he suffer from your sweetness
If I am a dog then shake hands

Brother, sis, we’ll never ever sing like Barky
We wanna be Dog-Like Sparky
No feet for me and suck red upon my belly
We wanna be Dog-Like Sparky

Nie wiem, co poszło nie tak, że nie zyskali większego rozgłosu, że nie są wymieniani jednym tchem obok Zappy, Mr. Bungle czy The Residents. Do inspiracji muzyką Cardiacs przyznają się muzycy Faith no More, Blur, Radiohead, Tool, Korn, Battles, They Might be Giants i wielu innych. Jednak wpływ, jaki mieli na dzisiejszą muzykę widzimy dopiero, kiedy już na nich trafimy.

Słuchając ich płyt, masa znanej mi muzyki zaczyna mieć sens. Nie twierdzę, że Cardiacsami inspirowali się wszyscy – po prostu kawał muzycznej historii zyskuje dodatkowy kontekst.

W 2008 roku, zawał Tima Smitha – wokalisty, tekściarza i kompozytora grupy, przerwał prace nad kolejnym albumem. W 2010 roku nagrano album z coverami Cardiacs. Muzycy przeznaczyli dochody na pomoc Timowi.

Załapałem bakcyla. Znam siebie na tyle, że wiem – Cardiacs nieprędko opuści moje playlisty, a w głowie zostanie jeszcze dłużej.

 

 

Reklamy

Muzeum zamyka podwoje

22 Mar

All the desperate people in this town
Are coming out tonight
They’ll be here soon
They want to be here with us in our glorious times
And when they start to laugh, we’ll laugh too
But when they start to cry, they’ll ruin it for everyone
We’ll ask them to leave
And they’ll pull out their knives and kill us all
They’re here now
Close the gate Lock the door
Bring the lights down Put the light s out Close the bar
Maybe they’ll give up and go next door
Lets pretend we’re gone Pretend we’re not here
Let’s pretend we’re gone

Jeszcze jeden album (trzymam kciuki, żeby wszystko wypaliło), jeszcze zaległe DVD i koniec. Jest mi kurewsko źle – cały czas miałem nadzieję, że Sleepytime Gorilla Museum zjawią się jeszcze Polsce. Pozostaje mi cieszyć się, że miałem okazję zobaczyć ich dwa razy na żywo.

Na palcach jednej ręki, jestem w stanie wymienić zespoły, które robiły ze mną to, co SGM. Koncerty zapamiętam chyba na zawsze, jako jedne z najlepszych na których byłem. W ogóle, Goryle pchnęli mnie na zupełnie nowe terytoria dźwiękowe. Ba, bez Sleepytime’ów nie byłoby tego bloga.

Zostaje czekać, na to co jeszcze pokażą muzycy na ostatnim albumie, a na pewno mają jeszcze kilka asów w rękawie:

Dźwiękowy wirus

20 Mar

Zaczyna się, jak zwykle – niewinnie. Gdzieś w tle coś brzęczy. Chyba żona słucha. Wiem, że powinienem też usiąść i wsłuchać się, ale akurat nie mam czasu. Potem nie mam do tego głowy. Nie, nie, nie – teraz potrzebuję czegoś innego. Spokojniejszego, może bardziej monotonnego. Ale dźwięki wracają. Posłucham później. Podczas porannej jazdy do pracy przeszkadza mi trochę muzyka, bo po głowie krąży jakiś motyw. Jeszcze nie potrafię sprecyzować dokładnie o co chodzi, ale z ust samoistnie wyskakuje tarataratatararariram i potem, eee, nie pamiętam. Nic to, trzeba będzie jednak posłuchać.

Włączam wieczorem i słuchając, skaczę po stronach, czytam to i tamto. Tracę wątek. Dźwięki przechodzą w brzęczące tło. Następny dzień w samochodzie znów wkurwia – wyłączam muzykę i dojeżdżam do pracy przy akompaniamencie terkotu silnika. Kolejnego dnia, płyta trafia do samochodowego odtwarzacza. W trakcie godzinnej jazdy mam w końcu możliwość wsłuchania się w muzykę. Kiedy wracam do domu, jestem już zarażony. Pamiętam już te najbardziej wirusowe melodie – trzeba się do nich przebijać przez kilkuminutowe utwory, łapiąc przy okazji całą masę kolejnych zarazków, które gnieżdżą się, gdzieś na granicy podświadomości, po to by robić totalną mózgową rozpierduchę, kiedy dźwięki-klucze aktywują ładunki wybuchowe w ośrodkach nerwowych odpowiedzialnych za abstrakcyjne przyjemności.

Znów się udało – Beardfish ponownie nagrał płytę, która udaje niewiniątko. Nie powala chwytliwymi refrenami, nie łapie za serce nadmuchanym patosem. Ta płyta nie jest groźna w małych dawkach – ale przy dłuższym obcowaniu, oprócz spełnienia obietnicy odlotu, którego migawki dostrzegamy przy pierwszych odsłuchach, pokazuje też finezję, pozornie zwykłych melodyjek, które prowadzą do ostatecznego rozwiązania. To, co wydawało się być haczykiem, na który złowili nas muzycy, okazuje się być ostatecznym coup de grâce – haczyk połknęliśmy dużo wcześniej, nawet o tym nie wiedząc.

Okrutny świat baletu

13 Mar

Obejrzałem wczoraj Czarnego Łabędzia

…i nie jestem zachwycony. Aronofsky za bardzo próbuje uciec od horroru, a kiedy już decyduje się go wprowadzić, robi to zbyt późno i nieporadnie – zamiast niedopowiedzeń, pokazuje wszystko dosłownie.

Niekwestionowanym zwycięzcą w kategorii: Okrutny Świat Baletu, zostaje wciąż perfekcyjny (fanfary) Brain Donors!

13 godzin, czyli do Warszawy i z powrotem

11 Mar

Delegacja do stolicy, to obfitująca w niebezpieczeństwa wyprawa – na śmiałków czekają niesamowite przygody, a uważni podróżnicy zdobędą wiele ciekawych informacji;

  • Można spędzić 12 godzin w samochodzie. Krajowa ósemka to gigantyczny slalom – idealna wprawka do grania w Wipeout HD.
  • Można pooglądać billboardy (modemy blueconnect Ery są tak szybkie, że są w stanie wystrzelić PKiN w kosmos).
  • Zobaczyć dziwne manewry policji w drodze powrotnej – po obu stronach ósemki, na sygnałach pruły konwoje policyjne. Każdy liczył około 10 samochodów. Co jakiś czas jeden lub dwa samochody zjeżdżały na jakąś stację. Gugiel ujawnia, że prawdopodobnie chodziło o tira, wóz strażacki, albo o gandzię:

  • Kiedy zamieniamy się z drugim kierowcą, można sobie coś poczytać. Na przykład First Love, Last Rites (Uwaga – posiadanie penisa w słoiku prowadzi do odkrycia tajnych zasad geometrii!)
  • Ostatnią próbą przed powrotem do domu jest obiad w StoSiódemce. Ich menu powinno zawierać ostrzeżenie, że zjedzenie całej porcji grozi śmiercią. Poniżej przykład podstępnej próby zatrzymania nieuważnego podróżnika na trasie:

Przepyszny Kotlet po kowalsku, jest schabowym o wielkości małej pizzy, przykrytym warstwą duszonych pieczarek, cebuli i żółtego sera. Kiedyś, kiedy byłem jeszcze piękny, młody i głupi, udało mi się zjeść go całego, razem z porcją frytek i zestawem surówek. Na szczęście, droga nadmiaru wiedzie do pałacu rozsądku.

To już koniec – po 13 godzinach, spędzonych w 90% w samochodzie, wracając do swojej wioski, można w spokoju usiąść przed komputerem i powypisywać głupoty na blogu.

Felix i John

7 Mar

Mniej więcej w jednym czasie miałem okazję przeczytać 5 tom Felixa Castora i nadrobić niecałe 50 zeszytów zaległości Hellblazera. Niestety i tu, i tu kręcę nosem. To co łączy ze sobą te dwie opowieści (oprócz mojego kręcenia nosem), to autor – Mike Carey pisał scenariusze Hellblazera od numeru 175 do 215, przejmując pałeczkę po mocno skurwysyńskim Constantinie Azarelli. Azarello najpierw pojechał po bandzie wsadzając Constantine’a do pierdla co skończyło się raczej nieprzyjemnie dla współwięźniów (Hard Time), po czym okroił magiczny repertuar Johna, a pokazał go jako idealnego ‚con mana’ – gościa, który jest Ci w stanie wcisnąć największy kit, kopnąć w dupę, po czym sprawić, byś uwierzył, że wisisz mu przysługę. Carey z kolei odbił piłeczkę i wypełnił swój kawałek Hellblazera magią, rytuałami i piekłem. Tym ostatnim w dość dużym stężeniu.

Akurat tu nie miałem nic przeciwko. John Azarelli romansował z Johnem Ennisa a całości ładnie dopełniał John Careya. Historia trzymała się kupy i potrafiła wciągnąć. Po Careyu pisanie przejęła Denise Mina – oczekiwania były duże, ale wszystko poszło w diabły, kiedy po 12 zeszytach Mina stwierdziła, że pisanie książek bardziej się jej opłaca. Historyjki Diggle’a przemilczę – dla mnie są zupełnie pomijalne. Po nim przyszedł Milligan – facet od Shade’a.

Nie powiem, lubiłem zwariowanego kosmitę. Lubiłem w nim też to, że jego historia miała zakończenie. Domknięto wątki z bodajże 70 zeszytów, dano całusa na dobranoc i pozwolono, aby kurtyna opadła. Ale nie na dobre, bo w Hellblazerze Milligan wziął się za nekrofilię – Shade pojawia się gościnnie na podwórku Johna i zabiera go nawet ze sobą na swoje. A jak już skończy się wątek, po którym został mi lekki niesmak, scenarzysta robi jeszcze pierdut – Constantine się hajta.

Tak, dobrze czytacie – hajta się, najgorsze jest to, że wszystko zdaje się być prowadzone w kierunku jakiegoś taniego chwytu, który zapewne rzuci niedługo Johnem, na następną wycieczkę po rubieżach piekielnych w poszukiwaniu duszy ukochanej. Sorry. Wysiadam. Wrócę za rok lub dwa i zobaczę – mam nadzieję, że się mylę.

Dobra. Co z Felixem Castorem? Książkowy bohater Careya to taki Constantine, tyle że bez wsparcia ze strony DC Vertigo. Carey pisał scenariusze Hellblazera na tyle długo, że ciężko było mu oderwać się w jakiś znaczący sposób od oryginału. Nie przeszkadza mi to specjalnie, ale jest to powiązanie które cały czas się czuje, o ile ktoś zna komiksy. Owszem, jest kilka różnic, przede wszystkim Castor nie jest takim skurwysynem, jakim potrafi być Constantine, choć ma równie cięty język i podobne zwyczaje.

Carey z pewnością nie pisze książek odkrywczych. Pięcioksiąg (na razie – ma być jeszcze szósty, ostatni tom) o Castorze nie jest żadnym arcydziełem, ale czyta się go dobrze, pomimo kilku wpadek, jak chociażby ciągłe tłumaczenie kto jest kim, jakby Carey nie potrafił się zdecydować, czy pisze cykl, czy niepowiązane ze sobą powieści. Do trzeciego, najlepszego według mnie tomu, nie przeszkadzało to zupełnie. Od czwartego robi się coraz słabiej. Carey częściej bawi się w wyciąganie królika z kapelusza, zamiast prowadzić kryminalną zabawę z czytelnikiem. Żeby jeszcze królik był dorodny, albo fikał koziołki, a jest mizerny, trochę nieruchawy i zalatuje padliną. Castor, w piątym tomie swojego cyklu, jest prawie tak samo powtarzalny, jak Constantine po 250 zeszytach. Jedno jest pewne – Castorowi, w przeciwieństwie do Constantine’a, będzie dane odejść w cień – Hellblazer zostanie rozcieńczony i rozmieniony na drobne. Szkoda.

Kto nam sączy jad w uszy?

3 Mar

Na Shaolin Death Squad trafiłem troszkę przypadkiem, chyba w okolicach 2007, niedługo po wydaniu ich debiutanckiego albumu. Nie wywołał on u mnie jakiejś olbrzymiej czołobitności, za to pojawił się na kilku samochodowych płytach z empetrójkami (na zasadzie: „czym by tu wypełnić resztkę wolnego?”) a skończyło się tak, że ilością przesłuchań znacznie przeskoczył kapele z miejsc, które wypełniał.

Wszystko zaczęło się oczywiście od nazwy – nie mógłbym nie sprawdzić czegoś, co nazywa się Shaolin Death Squad, prawda? Zresztą nazwa nie idzie na marne, bo Shaolini całą wizualną i tekstową warstwę opierają na dalekowschodnich wzorcach. Na przykład drugi album nosi nazwę kultowego, chińskiego filmu karate (Five Deadly Venoms), a pierwsze utwory odpowiadają nazwami pięciu jadom (czyli stylom walki z filmu).

Shaolin Death Squad raczy nas głównie ostrzejszym rockowym graniem, bez wirtuozerskich popisów, za to muzycy dość dużo kombinują, więc można spodziewać się wielu zmian rytmów i czasami wręcz kabaretowych wtrętów, co nie znaczy, że muzyka jest przekombinowana – wręcz przeciwnie. Każdy utwór jest zwarty i konsekwentnie prowadzony, co daje bardzo przystępną, ale nie prostacką mieszankę.

Zajebiście wypada też teatralny wokal – podchodzi trochę pod Pattona, co często budzi skojarzenia z Faith no More i Mr. Bungle, przy czym muzycznie, SDS znajduje się gdzieś pomiędzy – nie jest tak ‚przebojowy’ jak Faith no More, ale daleko im do zamotania Mr. Bungle (chociaż po tubkach widać, że często grają ich covery na swoich koncertach). A skoro już przy coverach jesteśmy, to polecam ich wersję This is Halloween z animacji Burtona:

Ja mam jedynie nadzieję, że Shaolinom będzie się dobrze powodzić i przyjadą kiedyś pokoncertować w Starym Świecie, bo bardzo chętnie zobaczyłbym ich na żywo.