Archiwum | Styczeń, 2011

Złe skutki picia wódki

29 Sty

Zostałem ostatnio zesłany do podziemi, aby szykować drogę panu i prostować ścieżki dla niego. Czyli, inaczej mówiąc, zająć się likwidacją starego, składowanego od niepamiętnych czasów sprzętu, aby zrobić miejsce na nowy. Pod zwałami popsutych monitorów (które z pewnością przydadzą się komuś, kto chciałby nakręcić sequel Pana Kleksa w Kosmosie), pod pękniętą deską palety, na której złożony był sprzęt, znalazłem takie oto skarby:

Trudno mi ustalić czy pochodzą z końca lat 80, czy raczej z lat 90, ale dowiedziałem się przy okazji, że Żytnia miała etykietę z serii „PRODUCE OF POLAND” do roku 1999, Krakus jest teraz ekskluzywną wódką, wariacje żółtej etykiety wina marki wino występują do dziś, a Soplica, którą znalazłem, pochodzi z alternatywnej rzeczywistości, ponieważ według producenta, ta ekskluzywna wódka wyglądała tak:

Całe znalezisko można podsumować cytatem z pewnej polskiej komedii, ale we mnie, znaleziona resztka wódki Soplica wywołała jeszcze jedno skojarzenie. Dosłownie z głębin podświadomości wydobyła wspomnienie pierwszego, oglądanego przeze mnie horroru!

Przypomniał mi się Leviathan. Nie pamiętam dokładnie kiedy go oglądałem, ale mogłem mieć wtedy około 10-11 lat. Nie wiem też czemu sobie go nigdy nie powtórzyłem. Do wczoraj pamiętałem z niego to, że dział się pod wodą, we wraku statku znaleziono ruską wódkę, która zmutowała członków załogi. Pamiętałem też kobietę pod prysznicem i wypłynięcie na powierzchnie, gdzie wcale nie było sztormu. No tak. Pamiętam też, że się bałem.

Po odświeżeniu sobie Leviathana stwierdzam, że film jest zły. Nie BardzoZły™ ale ma kilka fakapów, które może można by było wybaczyć, gdyby nie to, że powstał 10 lat po Obcym i 7 lat po The Thing, które biją go na głowę w każdej kategorii.

Tak jak pisałem wcześniej, film traktuje o złym wpływie wódki na organizm ludzki. Szczególnie tej, którą można znaleźć na zatopionych wrakach rosyjskich statków. W podwodnej bazie, wzorowanej trochę na Nostromo, grupka korpo-pracowników, pod przewodnictwem „zesłanego” geologa i doktorka o szemranej przeszłości wydobywa srebro. Ich 90-dniowa zmiana kończy się za kilka dni, ale nikt nie spodziewa się, że wszystko szlag trafi, kiedy jeden z podwodnych górników trafi przypadkiem na zatopiony wrak rosyjskiego statku Leviathan. Z tego wraku wynosi sejf, w którym znajdują się jakieś dokumenty i butelka wódki. Zostaje ona czym prędzej przechwycona przez mądrego geologa, który wódki nie pije, ale by chciał (co zresztą nadmienia w jednym z dialogów). Ale mądry geolog nie zauważa już piersiówki, która wędruje do kieszeni jednego z członków załogi.

Następny dzień kończy się kacem dla dwóch osób. Kac z kolei kończy się śmiercią, ponieważ kac wywołany przez nafaszerowaną mutagenami, rosyjską wódkę tak się właśnie kończy. Oczywiście śmierć jest tylko początkiem, ale dość powolnym, bo mutanci w całości mutują powoli. Za to, jak powszechnie wiadomo nogi są zwinne i wierzgają, więc zmutowane truchła wyrzucamy w ocean, a odpadnięty kończyn jednego z mutantów zacznie poruszać się znacznie szybciej i siać zniszczenie.

Pozostali chcą sobie oczywiście skrócić czas do końca zmiany, ale Pani z evilkorpo, która czuwa nad całą operacją, nie pozwoli na to. Stwierdza, że na górze szaleje sztorm, więc brygada ratunkowa przybędzie dopiero po 12 godzinach. Pani z evilkorpo porozumiewa się ze stacją za pomocą telewizora i za każdym razem kończy transmisję wyłączając (z jej perspektywy) całą stację za pomocą olbrzymiego pilota.

Tymczasem, morale załogi znacznie spada:

Dodatkowo, sytuację pogarsza fakt, że osobie, która zostanie podrapana przez kogoś, kto pił wódkę, na dłoni wyrastają zęby i podrapany też mutuje.

Wszystko wskazuje na to, że kawaleria nie nadjedzie nadpłynie, więc mądry pan geolog wpada na pomysł ucieczki w skafandrach roboczych, uczepionych do napełnionych powietrzem balonów. Na powierzchni czeka ich jeszcze ostateczne starcie z potworem zakończone granatem i konfrontacja z Panią z evilkorpo, ponieważ tak jak to sobie zapamiętałem, sztormu wcale nie było. Wnioski są proste:

Reklamy

Zapomniane przyjemnostki

28 Sty

Dziś mijają trzy tygodnie od kiedy paliłem zwykłego papierosa. W ciągu 12 lat jarania i kilku prób rzucenia, nigdy nie udało mi się osiągnąć takiego wyniku (raz jedyny dałem radę wytrzymać dłużej niż dzień). Ale nie powiem, żebym był z siebie jakoś specjalnie dumny; Skuszony możliwością i podpowiedziami Jeży, przesiadłem się na efajkę i okazało się, że jedyne z czym musiałem powalczyć, to przyzwyczajenie do króciutkich przerw. Ponieważ eszluga palę częściej, a mniej, nie mam już wymówki, żeby odsapnąć od młynka w pracy, czy w domu, wychodząc sprawdzić czy mnie nie ma na dworze.

Lolocaust palaczy ominął mnie szerokim łukiem, bo dawno już nie paliłem w pomieszczeniach, nie wizytuję też knajp na tyle, żeby dawać faka, że nie będę mógł tam dymić. Jasne – koncerty mogą być problematyczne, ale przypuszczam, że popular demand spowoduje zmiany w podejściu organizatorów, takie jak palarnie, albo przynajmniej panowie noszący dużo telewizorów pozwolą przewietrzyć się czasem poza klubem.

Jest za to jeden wielki plus, pomijając oszczędności i kwestie zdrowotne. Coś, czego nie robiłem od bardzo dawna – zapomniałem już, jaka to piękna i prosta przyjemność, zaciągnąć się i wypuścić kłąb dymu, siedząc przy komputerze, czy czytając książkę. Nieważne, że to nie prawdziwy dym, tylko imitacja – ważne że jest gęsty, smakowity i kłębi się jak należy.

Rok z audiobookiem – miesiąc 03 Earthsearch

25 Sty

Jakoś tak się złożyło, że poprzednie notki traktujące o moim roku z audiobookiem (jak i ta obecna) trafiły wszystkie na styczeń. W rzeczywistości nadrabiałem zaległości – pierwszy kredyt dostałem w listopadzie, a spożytkowałem go dopiero w grudniu. Z Aliens in the Mind uporałem się na tyle szybko, że styczniowy kredyt mogłem wykorzystać zaraz po otrzymaniu. Wybór padł (dość przypadkowo) na Earthsearch. Bradbury 13 powalał reżyserią i dźwiękiem. Aliens in the Mind zachęcało pulpowym kiczem i lubianymi aktorami. Earthsearch wygrywa z pozostałymi świetnie opowiedzianą i wciągającą historią.

Autorem scenariusza jest James Follett – poczytny brytyjski pisarz (który chyba nie zdobył zbyt wielkiej popularności w naszym kraju) Oddajmy mu na chwilę głos co do struktury każdego odcinka:

Fairly self contained episodes with a real cliffhanger at the end of each one. Ok, so it’s old fashioned storytelling, but why not? People haven’t really changed since paleolithic times, when tribes celebrating mammoth kills gathered around their campfires and listened to their storytellers. The need to be told a good story is as basic as the need for sex. Audiences today are exactly the same as those early people, but probably not so hairy.

Sto lat po pierwszym lądowaniu na księżycu, ludzkość wysyła w kosmos statek Challanger – jego załoga ma za zadanie znaleźć planetę zbliżoną do ziemi, aby pozwolić ludziom na wielką migrację. Challanger to 10 milowy moloch, którym zarządzają dwa organiczne superkomputery Angel One i Angel Two. Ponad sto lat później, druga generacja załogi, w obliczu niepowodzenia misji, pragnie wrócić na ziemię. Niestety, deszcz meteorytów, podczas awarii tarcz statku zabija całą załogę. Jedynymi ocalałymi są dzieci: Darv, Telson, Astra i Sharna. Wychowywani przez Anioły, wierzą w ich boskość – jedynie Darv podejrzewa, że są to komputerowe, sztuczne inteligencje, ale nawet on nie wie jeszcze, że to właśnie Anioły są odpowiedzialne za śmierć załogi.

Anioły pierwszy i drugi uważają, że ziemia przeszła przez kolejne średniowiecze, i to one, za pomocą aparatury dostępnej na statku, będą w stanie wyprowadzić ludzkość w wiek nowego oświecenia. Załoga drugiej generacji była zbyt liczna i niepodległa Aniołom, dlatego skierowały one statek w rój meteorytów i wyłączyły osłony Challengera. Oczywiście nie wszystko poszło zgodnie z planem – uszkodzeniu uległy również moduły Aniołów, które spowodowały zaburzenia w rozumieniu niektórych aspektów czasu i przestrzeni, jak również utratę kontroli nad niektórymi częściami statku.

Anioły utrzymują ścisłą kontrolę nad czwórką dzieci, blokując dostęp do niewygodnych informacji i hamując ich rozwój seksualny, za pomocą narkotyków i hipnozy. W odpowiednim momencie inicjują powrót do układu słonecznego, tylko po to, aby przekonać się, że ziemia zniknęła, a jej miejsce na orbicie słońca zajął księżyc. Rozpoczyna się poszukiwanie ziemi. Coraz bardziej szalone Anioły nie cofną się przed niczym aby dopiąć swego, a załoga Challengera musi zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które czyha na nich, na ich własnym statku.

Załoga Challengera

Każdy fan s-f powinien posłuchać Earthsearch – kupić lub jumać (jest) i poświęcić te 10 godzin na odsłuchanie obu serii. Fabularnie nic nie zawodzi, i nie ma zbyt wielkich anachronizmów (całość miała swoją premierę w latach ’81-’82), które psułyby zabawę ze słuchania. Każdy odcinek ma idealne proporcje wyjaśnień i rozwiązań, do nowych zagadek i tajemnic – także kolejne epizody są łykane jeden po drugim. Bardzo polecam.

Co słychać?

20 Sty

Znalazłem dziś chwilkę, żeby siąść i przewietrzyć kopę linków, która zebrała mi się w RSSach pod hasłem ‚New released albums’ i pomimo, że nie sprawdziłem nawet 1/10 całości, udało mi się dokopać do kilku ciekawostek;

Jack Dupon zwrócił uwagę pokopaną melodyjką i jeszcze bardziej pokopanym teledyskiem. Widać, że chłopaki się dobrze bawią, a ja od dziś czekam na ich album, który ma się ukazać za dni dziewięć.

Pikapika TeArt to zupełnie inna bajka – bez szaleństw, jest za to bardzo przyjemny flow, kojarzący mi się trochę z Portico Quartet, którym zaraził mnie blindlibrarian. Kapela z Krasnojarska nie ma zbyt dużej reprezentacji na tubkach, ale polecam wejść na ich myspace’a i posłuchać zamieszczonych tam utworów.

Dowiedziałem się też, że tegoroczne walentynki będą należeć do Van Der Graaf Generator. Właśnie 14 lutego wydają nowy album – A Grounding in Numbers. Dalej w trzyosobowym składzie, znanym z poprzedniego albumu – Trisector, który jakoś mnie nie powalił, ale i tak czekam z niecierpliwością na kolejną płytę kapeli, która na zawsze pozostanie jedną z najulubieńszych.

Pełnia księżyca

19 Sty

Planszowe przygodówki to niewdzięczny temat – przynajmniej dla mnie. Może jest to spowodowane moim zwichnięciem w stronę horroru i tym, że większość gier przygodowych, których próbowałem, obracała się w jakiś sposób w tematyce grozy. No a jak tu straszyć na planszy? Ciężko – rozmowy podczas grania w planszówki są luźne, a nie wyobrażam sobie też śmiertelnie poważnych graczy podczas pieczętowania kolejnych bram w Arkham Horror, czy przeszukiwania kwadracików w Last Night on Earth. Nieprzypadkowo zresztą wspominam o powyższych grach, bo stanowią one pewien standard wymieniany jednym tchem, kiedy ktoś spyta planszówkowca o gry przygodowe. To co mi w nich nie pasuje, to nuda. Arkham Horror gra się sam – prawie zawsze jesteśmy zmuszeni robić to, czego wymaga od nas sytuacja na planszy, a kolejne rzuty kostkami, aby przetestować to, czy tamto potrafią znużyć, szczególnie podczas kilkugodzinnej partii.

Za to jakiś czas temu, trafiłem na przygodówkę, która pomimo, że nawet nie stara się straszyć, operuje jednak tematyką grozy i bazując na stereotypach, dostarcza mi fantastycznej rozrywki. Ta gra, to Luna Llena, znana też pod bardziej swojsko brzmiącą nazwą jako Full Moon. Nie ma tu zombie – są wilkołaki. Nie ma poczucia zbliżającego się szaleństwa – jest żonglerka stereotypami i archetypami wyciągniętymi żywcem z horrorów klasy B, a prawie wszystko jest osiągnięte za pomocą dobrze dobranej mechaniki (choć nie jest ona pozbawiona wad) i oprawy graficznej.

Grupka studentów zapuszcza się do owianego złą sławą lasu Aguirre. Tam rozbijają obóz i po wieczornej imprezie rozchodzą się do swoich namiotów. Nad ranem okazuje się, że jeden z namiotów został zniszczony, a dwójka nierozważnych wycieczkowiczów, która w nim mieszkała, zniknęła. Niestety, razem z nieszczęśnikami, stracono też jedyną, kupioną kilka dni przed wycieczką, mapę lasu, bez której nikt nie będzie w stanie odnaleźć drogi powrotnej. Pozostałym studentom nie pozostaje nic innego, jak podążyć śladem pozostawionym przez porywaczy i odnaleźć towarzyszy i mapę.

Jak łatwo się domyślić, porywacze, to rodzinka wilkołaków, która poszukuje nowej krwi do stada i nie chce, aby ktokolwiek, kto nie został zarażony, uciekł z lasu i opowiedział o tym co się tam dzieje. Do zmroku, wilkołaki będą się starały nadwyrężyć zdrowie i opanowanie studentów i zapobiec odnalezieniu ich leża, w którym przetrzymują porwaną parę. Czekają na zmrok – a kiedy blask księżyca w pełni, dotknie czubków drzew, wilki zrzucą skórę owcy i rozpocznie się prawdziwe polowanie.

Całość oprawy, utrzymana w komiksowej stylistyce, nie stara się nawet straszyć graczy – stanowi za to zajebiste odwołanie do stereotypów znanych z horrorów (i to nie tylko tych, o wilkołakach). Sama grafika przywołuje skojarzenia z postaciami znanymi doskonale z filmów, książek i komiksów; wśród studentów natychmiast dostrzeżemy klasowego osiłka, kujonkę, outsidera etc. Najpiękniejsze jest to, że gracze praktycznie od razu podłapują odpowiedni sposób mówienia i komentowania sytuacji na planszy, w zależności od postaci, którą kontrolują. To niezłe osiągnięcie, pamiętając o tym, że gra, dla wywołania odpowiedniej atmosfery, operuje praktycznie tylko grafiką.

Zdjęcie z serwisu BoardGameGeek

Oczywiście gra nie jest pozbawiona wad, ale nie jest to nic, czego nie dałoby się załatwić drobnymi poprawkami tu i ówdzie. Całość na pewno nie nuży – jak dla mnie to jedna z najlepszych przygodowych planszówek, w jakie miałem okazję grać.

Rok z audiobookiem – miesiąc 02 Aliens in the Mind

10 Sty

Aliens in the Mind to słuchowisko z 1976 roku, oparte na historii wymyślonej przez Roberta Holmesa, jednego z najbardziej uznanych scenarzystów pracujących przy Doctor Who. W głównych rolach Vincent Price i Peter Cushing.

Słucha się tego bardzo miło, chociaż w kwestii efektów dźwiękowych całość leży i kwiczy – nie ma co porównywać z fajerwerkami z Bradbury 13. Polecam, ale raczej tylko fanom pulpowego sajfaj.

Pierwszy odcinek do odsłuchania na tubkach:

Dom pełen kluczy

6 Sty

Trafiłem ostatnio przez Scans Daily, na Locke & Key. Bardzo dobrze zrobiona historia o rodzince, która po tragicznej śmierci ojca, przenosi się do domu, w którym Rendell Locke spędził swoje dzieciństwo. To, że dom – Keyhouse – znajduje się na wyspie Lovecraft wcale nie zwiastuje nadchodzących wydarzeń. Skądże.

Nie będę zdradzał szczegółów – historia napisana przez Joe Hilla trzyma poziom, jest zwarta i stanowi jedną całość (seria ma się zakończyć w przyszłym roku).

Dodam tylko, że coś, co potrafi zrobić tak:

Po to, by za chwilę zrobić tak:

…to samo dobro.