Archiwum | Listopad, 2010

Kup pan cegłę

29 List

Mam taki zdrowy zwyczaj spławiania telefonicznych handlowców. Żyję w przekonaniu, że sam pójdę do banku, jeśli będę chciał wziąć kredyt. Sam sprawdzę oferty na sieci, kiedy będę chciał wymienić telefon, albo zmienić abonament za cyfrówkę. Także standardową odpowiedzią na ofertę handlowca jest: „Mam już takie dwa”. Niestety, w pracy nie mam takiej możliwości – muszę grzecznie wysłuchać o co chodzi, potem ewentualnie rzucić zdawkowe „Na chwilę obecną nie jesteśmy zainteresowani”. Ale rozmowy które trafiają się raz na jakiś czas powodują niepowstrzymaną chęć rozpieprzenia sobie głowy o najbliższą twardą powierzchnię;

Występują:

Hermenegilda Kociubińska

Grzegżółka

 

Hermenegilda

Dzień dobry, dzwonię z firmy IkśEmEs Prodakszyns. Czy rozmawiam z Panem Grzegżółką z działu informatyki?

Grzegżółka

(Nie, to dział ochrony. Spadówa.) Tak, o co chodzi?

Hermenegilda

Chciałam zadać Panu kilka pytań, czy znajdzie Pan dla mnie kilka minut?

Grzegżółka

(Nie mam czasu, nie mam ochoty. Spadówa.) Ale o co chodzi?

Hermenegilda

Chciałam przedstawić Panu naszą ofertę, musiałby Pan jednak najpierw odpowiedzieć na kilka pytań.

Grzegżółka

(No żesz nie dociera) Ale o co chodzi? Czym handluje Pani firma?

Hermenegilda

Chciałam Panu zadać kilka pytań, następnie otrzyma Pan mailem ofertę i będzie Pan mógł umówić się z naszym handlowcem

Grzegżółka

(japierdolękurwamać) Ale co Pani sprzedaje? Sprzęt? Oprogramowanie? Materiały eksploatacyjne? Co? Bo ja wcale nie wiem czy jest sens odpowiadać na pytania, jeśli nie wiem, czy to co Pani oferuje jest nam do czegokolwiek potrzebne.

Hermenegilda

(grunt zapada się pod nogami) No… ale… ja niczym nie handluję, ja tylko chciałam zadać Panu kilka pytań. Dostanie Pan maila z ofertą i będzie Pan mógł się spotkać z naszym handlowcem.

Grzegżółka

(łożeszkurwaaaaa) Dobra, to może niech mi pani po prostu prześle maila z ofertą (szykuję się do podania adresu).

Hermenegilda

Dobrze. Zaraz prześlę (odkłada słuchawkę).

Kurtyna

spada razem ze słuchawką.

 

Ja wszystko rozumiem. Kupczenie przez telefon, choć momentami szujowskie jak cholera, też ma swoje miejsce na świecie. Ale jaki kurwa sens ma zatrudnianie handlowców z łapanki, którzy nie są w stanie odpowiedzieć na proste pytanie: „Co sprzedajesz?”, a gdy już dojdzie co do czego, zapominają poprosić o adres mailowy? Wszystko wskazuje na to, że firmy pokroju IkśEmEs Prodakszyns chcą sprzedać nic. Może wystarczą im rachunki telefoniczne, żeby pokazać jakieś koszty na koniec roku. To ja skomentuję Tyrmandem:

„»Cóż za solidne przedsiębiorstwo« – pomyślał z uznaniem pan w meloniku. Po czym ruszył w stronę Rynku, porzucając zaraz za rogiem kłopotliwy nabytek.”

I proszę jeszcze o takiego anioła stróża, który w razie czego włączy się do rozmowy oznajmiając, że ten Pan już cegłę kupił. Czymś takim na pewno byłbym zainteresowany.

 

They’re coming for you Barbara!

24 List

Właśnie siedzę sobie w podziemiach Andaluzji, w Piekarach Śl. i czekam na żonę, która w tym momencie właśnie powinna oglądać koncert Wishbone Ash. O ile zombie nie zjedzą jej mózgu, o godzinie 23 będziemy wracać. Na Blipie pustki, więc jestem zmuszony do innego sposobu bezproduktywnego spędzenia czasu (połączenie internetowe z Orżnącia jest tu tak wolne, że przeglądanie kontentu raczej nie wchodzi w rachubę).

Gdybym miał wskazać utwór tej grupy, który chciałbym usłyszeć na żywo, to na pewno byłaby rzewna Persephone (zresztą właśnie dostałem cynk, że już grali). Tylko pozostaje pytanie czy Wishbone Ash są jeszcze żywi? Na pewno byli w latach ’70.

Czy ja pisałem przed chwilką o zombie? Tak, tak właśnie mi się wydawało. No więc może coś szerzej? Czemu nie, tym bardziej, że jestem w miarę świeżo po obejrzeniu trzech odcinków The Walking Dead, będącego adaptacją komiksu o tej samej nazwie. Właściwie ekranizacją, bo wszystko jest dość wiernie przeniesione z komiksowych plansz, a przynajmniej jatotakpamiętam™. W dalszej części tekstu mogę trochę spoilerować, więc osoby które nie czytały, ani nie oglądały mogą iść sobie poczytać co innego.

Wrażenia po obytrzech odcinkach mam raczej pozytywne. Z początku miałem ochotę ponarzekać na niektórych aktorów, ale ostatecznie stwierdzam, że zostali dość dobrze dobrani do swoich ról. Zombie są fajnie zrobione i występują w odpowiednich ilościach. Inaczej mówiąc – na pewno nie odmówię sobie kolejnych odcinków. Tylko…

Właśnie, jeśli akcja serialu będzie biegła tak samo jak w komiksie, to w pewnym momencie, podobnie jak z wersją obrazkową, dam sobie spokój. To, co zmęczyło mnie w komiksie, to straszna powtarzalność schematu który przewijał się przez całość. Skończyłem czytać kawałek po więzieniu, no bo ileż można o tym, że jest źle, bo zombie, bo niebezpiecznie, bo jedzenie, bo ktoś mota, a potem jest dobrze, znajdują kryjówkę, znajdują żarcie i leki. Potem znów się pieprzy: ktoś ginie, uciekają, i za chwilę jest źle… Nawet po takim trzęsieniu ziemi, jakie autor zafundował nam w więzieniu, nie miałem ochoty czytać dalej.

Może dlatego, że bajki o zombie, to przede wszystkim jednak bajki o ludziach i ich zachowaniach podczas ekstremalnie niesprzyjających warunków, a zachowania bohaterów The Walking Dead stają się w pewnym momencie do bólu przewidywalne. Może to nie autor jest winny, a konwencja serii, którą sobie narzucił. Wydaje mi się, że totalna katastrofa, albo większe zwycięstwo, a następnie cięcie, byłyby dla serii lepsze, niż wydłużanie w nieskończoność jednej historii.

Reasumując; serial pooglądam, choć pewnie nie do końca, a na pierwszym miejscu mojego własnego rankingu filmów o zombie, pozostanie genialny 28 Dni Później, w którego centralnym punkcie pozostają ludzie i ich historie; Opowiedziane po chichu, momentami jedynie obrazem i muzyką, ale potrafiące solidnie zryć mózg widza.

Szwendająca niedziela

22 List

Jestem nocnym markiem. Potrafię błyskawicznie dostosować się do rytmu weekendowego, kiedy idę spać około godziny czwartej/piątej i wstaję w okolicach dziesiątej. Po takiej jednej nocce zmuszam się, żeby położyć się wcześniej niż o godzinie trzeciej. Za to w drugą stronę jest gorzej – cały tydzień staram się przestawić w nienaturalne dla mnie warunki dzienne. Najgorsze są weekendy planszówkowe; Jakoś tak się złożyło, że kiedy pięć lat temu nasza trójka zaczęła się spotykać, żeby najpierw bawić się w RPG, potem w planszówki, wszystkim nam bardziej pasowały godziny od zmierzchu do świtu. Zostało, i tak właśnie rozpoczął się cykl comiesięcznych dni ‚szwendających’.

Dzień szwendający, to taki, kiedy po całonocnym móżdżeniu idę spać w okolicach godziny ósmej. Po dwóch, maksymalnie trzech godzinach snu, rozpoczynamy szwendanie. Tak właściwie nic się nie chce – ani lurkować na sieci, ani czytać, ani grać. Oczywiście przy dwóch młodych damach nie da się nic nie robić, ale podczas takich dni wszystko rozciąga się w czasie i przestrzeni, a podświadomie czeka się na pierwszą możliwość złożenia kości w pozycji horyzontalnej. Ale kiedy ta nadchodzi, automatycznie się rozbudzam – przynajmniej na tyle, żeby skorzystać jakoś z wieczora. Jak? Na przykład oglądając Scotta Pilgrima.

Wieczór po dniu szwendającym, to idealny moment na zobaczenie tego filmu. Wystarczająco śpiący, żeby grzało mnie, czy film przekracza granice kiczu – wystarczająco rozbudzony, żeby docenić wszechobecne komiksowo-growe smaczki i zrozumieć, że pomijając formę, chodzi też o jakiśtam przekaz. Whatever. Pytanie tylko, czy ktokolwiek spoza grona geeków będzie w stanie Scotta docenić. Jeśli nie, trudno – ja uważam, że był zajebisty.

Papierowy dom

9 List

Bernard Rose nie jest może nazwiskiem które od razu budzi skojarzenia z filmem, ale gdy zaczniemy przyglądać się jego dorobkowi okazuje się, że nakręcił kilka ciekawych obrazów (i wcale nie chodzi mi o nowelki soft porno kręcone dla Playboya). Przede wszystkim jest dla mnie twórcą jednego z lepszych przekładów prozy Barkera na duży ekran – to on sfilmował „The Forbidden”, opowiadanie z 5 tomu Ksiąg Krwi, a Tony Todd w roli Candymana trafił dzięki niemu do panteonu najbardziej rozpoznawalnych ikon horroru.

Na początku lat 80 Rose parał się też reżyserowaniem teledysków. Stworzył między innymi najbardziej rozpoznawalne klipy dla grupy Frankie Goes to Hollywood. Relax został nawet zbanowany w MTV i BBC – co oczywiście tylko przydało popularności samej piosence, do której powstały jeszcze dwa inne teledyski.

Z kolei Welcome to the Pleasuredome, na pewno był już inspirowany grozą Barkerowską, a przynajmniej stanowił dla mnie w młodości kopa właśnie w tym kierunku. Tak właśnie działają na nastolatków laski mordujące facetów w wannie, za pomocą gigantycznych węży.

Ale jest jeszcze jeden, trochę zapomniany film z 1988 roku – Paperhouse. Nie jest to rasowy horror, ale z pewnością zasługuje na uwagę.

W dniu swoich jedenastych urodzin, Anna zapada na chorobę która powoduje omdlenia i wysoką gorączkę. W swoich snach, przenosi się do świata, który narysowała na kartce wyrwanej z zeszytu szkolnego. Z początku jest to jedynie koślawy, opuszczony dom otoczony bezkresną łąką. Potem, kiedy jest przytomna, dorysowuje kolejne szczegóły. Schody, drzewo, zabawki – wszystko pojawia się przy następnych wizytach w świecie snów. Pojawia się tam też smutny, nie potrafiący chodzić chłopiec, którego Anna rysuje w oknie.

Nastrój filmu robi niesamowite, surrealistyczne wrażenie. Wszystkie elementy świata snów są wyraźne, a jednak pozbawione szczegółów, wyolbrzymione i karykaturalne – dokładnie tak jak rysunki nakreślone ręką dziecka. Kiedy obserwujemy dziewczynkę zwiedzającą dom, odczuwamy wręcz podskórny niepokój. Dodatkowo, Anna jest skłócona z matką, otoczeniem i tęskni za walczącym z nałogiem alkoholowym ojcem, a wszystkie te dziecięce schizy wypływają na wierzch zamieniając powoli senny świat wyobraźni w koszmar.

Gdybym miał coś zmienić, to jedynie ostatnie minuty zakończenia – jeśli ktoś zechce zobaczyć Paperhouse, proponuję zatrzymać odtwarzanie zaraz po tym, jak zacznie podnosić się drabinka. To ostatnie niedopowiedzenie stworzyłoby wiele więcej możliwości interpretacji filmu. Niepewność, która jeszcze długo nie dawałaby nam spokoju po seansie. Ale nawet z oryginalnym zakończeniem film robi wielkie wrażenie – Paperhouse jest jedną z lepszych filmowych przypominajek o tym, że wiek dziecięcy to nie tylko beztroska zabawa, ale też cała masa wkurwu na otaczający dziecko, nie do końca zrozumiały, dorosły świat.

China & China

4 List

Jakoś dziwnie idzie mi czytanie książek Miéville’a. Może wynika to po części z jego stylu pisania, albo mam po prostu niefart. Po kilku rozdziałach trafia mi się coś ciekawszego, albo dzieje się coś, co w ogóle paraliżuje moje czytanie. Tym razem dostałem ofertę przetłumaczenia dwóch instrukcji. Zawsze chciałem spróbować, więc zgodziłem się, co zaowocowało dwoma wyciętymi z życiorysu tygodniami, kiedy nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać. Patrzyłem na słowa, wydawałoby się, dobrze mi znane, a jednak zupełnie inne (i nie chodzi mi wcale o slang techniczny). Instrukcje były pisane w języku chińskim, tyle że za pomocą angielskich wyrazów – nagle, bez ostrzeżenia, znalazłem się w świecie mściwych odpadów, sprowadzających wypadki na nieuważnych operatorów, którzy musieli regularnie odpoczywać, aby nie dorwała ich nuda.

Niektóre akapity przypominały kostkę Lemarchanda; Po każdym rozpracowanym zdaniu rozglądałem się, czy przypadkiem na ścianach nie pojawiły się jakieś nadprogramowe łańcuchy i haki:

Kiedy udało mi się wrócić do normalnego świata, rzuciłem się do nadrabiania zaległości. Między innymi, bardzo chciałem skończyć napoczęte trzy tygodnie temu The City & The City.

Tym razem Miéville olał steampunk i zmierzył się z rasowym kryminałem, zaprawionym obowiązkowym weird fiction, w którym China się specjalizuje – i muszę powiedzieć, że jak dla mnie, trafił idealnie. Tytułowe miasta (chyba najbardziej zakręcony i fascynujący element powieści), to rywalizujące ze sobą i momentami skrajnie różne Besźel i Ul Quoma. Haczyk tkwi w tym, że oba zajmują ten sam teren, a mieszkańcy każdego z miast „nie widzą” tego, co dzieje się w drugim. W prawie nadprzyrodzony, wpajany od dziecka sposób, ignorują wszystkiego co „nie nasze”, co nie spełnia określonych warunków. Kod przynależności opiera się na różnicach w architekturze, jedzeniu, ubiorach i w mowie. Nad odrębnością obu miast czuwa też tajemnicza siła zwana „Breach” ingerując w każdy incydent przypadkowego, lub celowego przejścia granicy jednego z miast.

Jak na kryminał przystało, zaczynamy od trupa, a w poszukiwaniach mordercy będziemy towarzyszyć inspektorowi Tyadorowi Borlú z Besźel. Zamordowana kobieta okazuje się być studentką z Ameryki, która badała mityczne Orciny – trzecie miasto. Ukryte w szarych strefach Besźel i Ul Quomy – według niektórych bajka, według innych kolebka, w której zamieszkują istoty ciągnące za sznurki polityki obu miast. Oczywiście potencjalnych szwarccharakterów jest multum; Unifikacjoniści, nacjonalistyczne bojówki, wysoce postawieni politycy i biznesmeni, a podczas śledztwa odwiedzimy nie tylko Besźel i Ul Quomę…

Muszę powiedzieć, że Miéville, nie gubiąc charakterystyki i logiki tego zwariowanego świata, a wręcz nadając mu odpowiednią ciężkość, godną klasyków noir, potrafi bezbłędnie wodzić czytelnika za nos. Ciężko jest rozgryźć tajemnicę morderstwa – jesteśmy zdani na Tyadora i brniemy z nim za każdym, prawdziwym lub fałszywym tropem, z fascynacją obserwując Miasto i Miasto. Bardzo polecam.

Jako ścieżkę dźwiękową można puścić sobie na przykład Perdition City Ulvera – baaardzo zurbanizowana płyta, w sam raz powinna pasować do ulic, na których wybiórczo wykreujemy swoje własne miasta i miasta:

A ja już wkrótce zabieram się za Krakena – kolejną, niesteampunkową książkę Miéville’a. Tym razem ma być komediowo i w klimatach Cthulhu – zobaczymy.