Muzyczne odkrywki

5 Wrz

W ciągu kilkunastu lat mój sposób na poznawanie nowej muzyki wyemigrował na internet. Kiedyś kupowało się każdą kasetę, której okładka wpadła mi w oko. Teraz, preferencje mi skostniały i mogłem oddać się swobodnemu przeglądaniu interesujących mnie stron w sieci, czasem niezobowiązująco skacząc po TopFriends dobrze rokującej kapeli na majspejsie czy innym facefook. A przynajmniej taki model przyjąłem kiedy stwierdziłem, że siedzę cały czas w tym samym bagnie i czekam na nowe płyty starych „pewniaków”. Jako, że klimaty w których osiadłem kręciły się wokół szeroko pojętego prog rocka, moim nowym home away from home stało się progarchives.com. Najpierw sprawdzałem listy najlepiej ocenianych albumów z każdego roku, od 1970 poczynając, a kończąc już w czasach nowożytnych; I było to Dobre™. Znalazłem dużo ciekawych rzeczy o których wcześniej nie dotarł do mnie nawet ułamek informacji. Ale kiedy kolejne kapele dołączyły do grona „pewniaków”, pasujących mi o każdej porze dnia czy nocy (a właściwie od momentu, kiedy po raz kolejny dopadło mnie znużenie), zacząłem znów szukać. I dorzuciłem sobie do RSSów najnowsze wpisy w bazie PA.

Już po kilku tygodniach wypracowałem sobie system: kilkanaście dni, około 50 nowych albumów, albo po prostu chwilka wolnego – siadam i słucham rzeczy które ludzie dorzucili do bazy. Podoba się? Drążę temat. Po kilku miesiącach takich eksperymentów doszedłem do następujących wniosków:

  • Statystycznie, raz na 100 albumów trafia się jakiś który mnie zainteresuje.
  • Raz na 200 albumów może się trafić taki, który mnie rozwali.
  • Należy unikać jak ognia kapel które prezentują się tak: To czyste zuo, also: what’s been heard cannot be unheard.
  • Nie należy się w ciemno kierować tagami; Oceansize znalazłem w szufladce oklejonej Space Rock:

No i raz na ruski rok trafia się kapela która bierze mnie szturmem, już po pierwszym kawałku:

W warstwie tekstowej jest wesoło; Odcinanie głowy wirującym krawatem czy atomowe tostery, które wywołują eksplozje w przeszłości to tylko część atrakcji. Za to muzycznie, chłopaki siedzą głęboko w arytmicznych poszarpywaniach gitary, przetykanych spokojniejszym graniem. Momentami kojarzą mi się z takim bardziej rockowym, postkrwawowewnętrznym Ulverem

Ostatnią, jak dla mnie wymiatającą, płytą Thumpermonkey Lives! jest We Bake Our Bread Beneath Her Holy Fire. Można ją zanabyć w wersji empeczy na cdbaby za jedyne 6 zielonych pieniążków. Za to wszystkie poprzednie albumy można zassać za darmo ze strony wytwórni. Polecam.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: