Jiddish Big Band z piekła rodem

2 Wrz

Miało się zacząć od notki na temat Invisibles i Promethei, które polecałem ostatnio czescjackowi na Blipie, ale to dłuższy temat, a plany na jakiekolwiek pisanie poszły się paść przy tak pokopanej końcówce tygodnia. Trudno – Morrison i Moore poczekają, a tymczasem można zarzucić na ruszt wpis tubkowy. W menu dzisiaj: Estradasphere.

Pierwszy raz usłyszałem ten twór, kiedy otrzymałem świeżutką płytę SGM. Okazało się, że wytwórnia The End Records była na tyle miła, że dodała promo CD z pojedynczymi kawałkami swoich wiodących kapel. Większość z nich wywoływała raczej zwykłe meh. Pamiętam tylko, że znalazł się tam jakiś koszmarek Lordi, ale Estradasphere zainteresowało mnie na tyle, że zacząłem drążyć temat. Po kilku dniach miałem opanowane tubki, po kilku kolejnych znałem już większość dyskografii.

Kawałek który znalazł się na składance był intrygujący; klezmerski akordeon plus ciężkie gitary. To wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałem o nich tak jak w tytule. A dalej poszło już z górki. Uwielbiam zamotane rzeczy, jeśli artyści mają dodatkowo dystans do samych siebie i odpowiednio szalone podejście, to z automatu dostają u mnie plusa, choćby grali coś skrajnie różnego od rzeczy których w danym momencie słucham. A co gra Etsradasphere? Dużo. Różnie. Dobrze.

Na ten przykład mieszankę składającą się z napakowanej sterydami wersji There Is No Greater Love, raczej standardowej interpretacji Misrlou, oraz rozpierdalającej na łopatki, schizo-metalowej Girl From Ipanema. O, tu:

Albo muzykę z Contry, tu:

W ogóle pierwsze albumy obfitowały w dźwięki dla fanów 16 bitowych konsol:

A na późniejszych beatboxing, Wild East, Romanian Surf, kolejne covery (choćby świetnie zagrany Turtle Power) i wiele więcej. Nie jest tak, że chłopaki potrafią wejść w każdą konwencję, ale w tych, w które wchodzą zwykle słychać, jak zajebiście czują się z tym co grają.

Na deser dodam tylko, że jeśli ktoś przetrwał do tego momentu i ma ochotę na więcej, to może udać się na stronę zespołu, i posłuchać w całości ich ostatniej płyty – Palace of Mirrors, na której znajdują się choćby takie perełki jak Corporate Merger:

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Jiddish Big Band z piekła rodem”

Trackbacks/Pingbacks

  1. Przyprawiamy orientalnie « pod wpływem - Październik 29, 2011

    […] Western: […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: