Archiwum | Wrzesień, 2010

Złe filmy

29 Wrz

Uwielbiam złe filmy. Założenia od czapy, dziury logiczne nad którymi nawet najgłupszy nie jest w stanie przejść obojętnie, kicz i ogólna śmieszność. Jest oczywiście grupka filmowców, która z premedytacją stara się wywołać śmiech widza zupełną nieporadnością, ale największe perełki, to takie obrazy, które w zamiarach miały być filmami akcji, s-f czy horrorami, a dramatycznie nie wypaliły. Do której grupy należą filmy które tu będę przedstawiał? Nie mam pojęcia. Ważne jest to, że oglądam je najczęściej, przecierając załzawione oczy, albo tarzając się ze śmiechu po podłodze. Zainspirowany notką Jeżyka w kosmosie, traktującą o złych grach, podaję kilka przykładów złych filmów. Enjoy.

Istnieje kilka tureckich obrazów z lat 80, gdzie starano się zerżnąć pomysły z filmów amerykańskich i wyprodukować je na swoim gruncie z maksymalnie niskim budżetem. Na warsztat trafiły wówczas takie hiciory jak Star Wars, Star Trek, Superman, Egzorcysta, E.T. a nawet Spider-Man, Kapitan America i Santo.

Ostatni z filmów, ma u mnie palmę pierwszeństwa jeśli chodzi a turecką kinematografię tamtego okresu. W 3 Dev Adam, Kapitan Ameryka i Santo stawiają dzielnie czoła gangowi przestępców dowodzonych przez  złowrogiego Spider-Mana. Tak, Spider-Mana. Nie dysponuje on wprawdzie wachlarzem supermocy swego amerykańskiego odpowiednika, odziedziczył po nim za to kostium, a od siebie dodał złowrogi chichot i równie złowrogie brwi.

Film zaczyna się od sceny potwornych tortur, gdzie gang Pająka znęca się nad jakąś niewiastą na plaży,  zakopując ją wpierw po szyję w piachu, a następnie mordują ją za pomocą motorówki; To znaczy czterech drabów chwyta łódkę i z rozbiegu ładuje ją od strony kręcącej się śruby okrętowej, prosto w twarz unieruchomionej kobiety. Całe szczęście, że budżetu nie wystarczyło na zbyt duże ilości czerwonej farby, więc twórcy oszczędzają nam widoku ostatecznej konfrontacji pozostawiając w sferze domysłów to, czy wygrała kobieta, czy motorówka. W innej pamiętnej scenie, Spider-Man torturuje mężczyznę swoim diabolicznym chichotem, brwiami oraz metrową tubą przyłożoną do oczu ofiary, do której wpuszcza  świnkę morską. Świnki morskie to, jak powszechnie wiadomo, krwiożercze stworzenia, które w zaistniałej sytuacji myślą tylko o wygryzieniu oczu.

Takich kwiatków jest w tym filmie znacznie więcej, a w przerwach możemy obserwować niebezpieczne sceny walk i pościgów, w których aktorzy, z gracją drewnianych kłód skaczą wokół i piorą się po gębach. Tak na prawdę, fakt że oglądamy kopię godnej okresu dziesięciokrotnie przegrywanych VHSów, w zupełnie dla nas niezrozumiałym języku, dodaje jedynie do całości tego pouczającego doświadczenia. Film jest do zakoszenia na torrentach, a fragmenty do zobaczenia na tubkach (hasło turkish spiderman powinno pomóc)

Inną ciekawostką są Gwiezdne Wojny. Tu można czasem zobaczyć nawet efekty specjalne, poziomem nie odstające od efektów w filmach Lucasa. Oh wait, to są efekty z filmów Lucasa a muzyka w tle to motyw z Poszukiwaczy zaginionej arki. SajFaj daje nam tyle więcej możliwości, prawda? A już mając w głowie tytuł, widz automatycznie zaczyna przypisywać znane sobie role do ich tureckich odpowiedników.

Poniżej scena morderczego treningu:

Jako główne danie podajemy dzisiaj genialny film z 1991 roku – Riki-Oh. Historyjka oparta na mandze o tym samym tytule obfituje w nieprawdopodobne sceny walk, w których najcięższe obrażenia zadawane są gołymi rękami, a walczący są w stanie chociażby wyrwać swoje własne jelita, żeby zadusić przeciwnika. Kiedy szperałem za materiałami do notki, okazało się, że Story of Riki jest już na Tubkach, z tragicznym dubbingiem angielskim jako added bonus. Oglądać!

Reklamy

Bullet Hell

19 Wrz

Samotny stateczek przeciwko hordom wrogów – czyli shoot’em up – to gatunek gier który ma specjalne miejsce w moim małym, czarnym sercu. Praktycznie każdy komputer/konsola jaką posiadałem prędzej, czy później otrzymywał kopa w joystick/pada/klawiaturę, z uwagi na nieokiełznaną potrzebę rozwalania tysięcy stateczków nadlatujących z każdego zakątka ekranu. Gatunek dorobił się kilku ikonicznych reprezentantów, jak R-Type, Gradius czy Ikaruga. Dla mnie niedoścignionym wzorem pozostaje Raiden, a szczególnie część druga. Pomijając genialną grywalność, fakt moich ciągłych powrotów do tej serii na pewno jest związany z dostępnością dwójki na komputery (konkretnie na win95, ale chodzi też na nowych oknach, Wine i na maszynach wirtualnych).

Odpowiednie zapytanie wujka gugla powinno dostarczyć wersji pecetowej. Wprawdzie nie ma menu w zrozumiałym języku, ale tych kilku opcji można się domyślić.

A temat wypłynął, ponieważ od kilku dni, można zassać na PS3 odświeżoną wersję klasyka – Space Invaders Infinity Gene. Rejoice!

Oczywiście nowi najeźdźcy niewiele mają wspólnego z pierwowzorem, ale postarano się, aby graficznie gra kojarzyła się z hitem z 1978 roku. Wrogów jest multum, jest kilka rodzajów broni do wyboru, są walki z gigantycznymi bossami a kamera szaleńczo skacze, pokazując statek to z lotu ptaka, to w rzucie 3d – czuję, że ciężko będzie mi się od tej gry oderwać. A żeby było jeszcze weselej dołączony został tryb muzyczny – podsuwamy jakieś mp3 zapisane na konsoli, a gra generuje poziom oparty na danym utworze. Sprawdza się to po prostu zajebiście; Tempo, ilość wrażych statków – wszystko pięknie zgrane z muzyką. Nic tylko siadać i psuć kolejnego pada.

No Shelter

15 Wrz

Lubię horrory. Nie to, żebym odczuwał przy nich jakiś przejmujący strach (choć zdarzyło się kilka, po których profilaktycznie włączałem światło w pokoju). Czasem lubię się odprężyć i zobaczyć jakiś gorefest gdzie flaki latają po ścianach, a jucha leje się strumieniami; ale najbardziej pociąga mnie tajemnica. To czego muszę się domyślić wywoła większe napięcie, niż to, co mam podane na tacy. Nie bez powodu, jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen tortur, jest ta z końcówki zajebistego Audition, gdzie fizycznie czujemy zadawany ból, chociaż tak naprawdę widzimy jedynie spazmy na twarzy ofiary i spokojną minę jego kata.

Wczoraj zobaczyłem Shelter, który niestety nie był takim filmem. Niestety, bo miał potencjał. Nieźli aktorzy, bardzo ładne zdjęcia (choć nie tak ładne jak u Cerdy), ale co z tego – filmowcy bardzo szybko porzucają możliwość takiego prowadzenia fabuły, żebyśmy mieli choć cień wątpliwości: czy mamy do czynienia z psychopatą, czy jakimś nadludzkim bytem. A dało się to zrobić kilkoma niedopowiedzeniami i zmienionym scenami.

Now here be spoilers, więc osoby, które chcą zobaczyć film nieskażony moim mendzeniem, mogą spokojnie odpuścić sobie kolejne akapity. Bo film, mimo swoich wad, jest do obejrzenia. W skali IMDB dostałby ode mnie 6 gwiazdek.

Największym grzechem Shelter jest to, że zostało podane praktycznie na tacy to, według jakiego schematu działa zabójca. Po tym już wiadomo, kto na pewno przeżyje, a cały ciężar filmu, twórcy próbują przenieść na ofiarę z którą w ogóle nie czułem się związany emocjonalnie, bo została totalnie olana w pierwszej połowie filmu. Zakończenia też łatwo się domyślić; Kiedy wiemy już co i jak, końcowy twist jest naturalną koleją rzeczy. Są też dziury logiczne – takie, które rzucają się w oczy już podczas oglądania (nie ma ich wiele, ale…) i takie które wpadają do głowy dopiero po seansie.

Nie mam pojęcia, po jakiego czorta tak ewidentnie pokazano, że psychol jest nawiedzony przez dusze zamordowanych. Cała szopka ze zmianą osobowości była zupełnie niepotrzebna, a sceny z Babcią, czy matką jednej z ofiar są wręcz natrętnie zbędne. Zastanawiam się, o ile lepszy byłby ten film, gdyby w zrezygnowano z warstwy nadprzyrodzonej, a zostawiono jedynie niepewność. O ile bardziej przerażający byłby Adam, gdyby za jego działaniem kryły się czysto ludzkie schizy?

To co wywołało największe wtf w całym filmie to fakt sprowadzenia roli Adama do bezsensownego ścigania osób niewierzących. Niby to tylko smaczek – jakieś tam ciulate wyjaśnienie powodów całej sytuacji – ale sprowadzenie motywów psychopaty do prostego „Albo jesteś z bozią, albo masz przesrane” było żałosne.

Podsumowując, film do obejrzenia, ale chyba zapamiętam go bardziej jako zbiór elementów których mu brakowało, niż film który dobrze się oglądało.

Było

13 Wrz

fajnie. To znaczy jazda była zajebista – w obie strony, nawet jeśli czasem dopadało kogoś znużenie. A jeśli chodzi o koncert, było lepiej niż się spodziewałem. Votum to nie moja bajka – tym bardziej, że dźwiękowcy ewidentnie używali ich do eksperymentów z nagłośnieniem. Momentami wszystkie instrumenty zlewały się w jeden charkot. Tyle. Airbag… cóż – Airbag to zupełnie inna bajka, ale też nie moja. Mistrzowie długich kompozycji, które jednostajnym, miarowym rytmem i okazjonalnymi gitarowymi wstawkami próbują wedrzeć się w umysł słuchacza. Inaczej mówiąc, jak dla mnie, nudne jak flaki z olejem. Na szczęście koncert norweskiej grupy umilał pan, siedzący kilka rzędów bliżej sceny, który wczuwając się niemożebnie, wstawał co rusz, obracał się tyłem do kapeli i egzaltowaną miną i gestami dostarczał lolcontentu  publice.

Ozric Tentacles. Tak. Tej grupie zdecydowanie należy się osobny akapit. Pierwsze trzy kawałki były męczące – tak samo jak w domu, kiedy próbowałem się przekonać do psychodelii płynącej z głośników. Przy czwartym w końcu zorientowałem się, że powinienem wyłączyć myślenie, przymknąć oczy i dać się ponieść. Gdybym palił, byłby to jeden z najlepszych koncertów jaki widziałem. Biję się w pierś – myliłem się; Ozriki są zajebiste, ale w domu i tak pewnie rzadko będę ich słuchał – poczekam na następny koncert.

No i ostatni punkt programu; Anathema niby nie nagrywa już nic, co powaliłoby mnie na kolana, ale koncertu słuchało się bardzo miło. Po raz kolejny udowodnili, że fajne z nich chłopaki i potrafią sobie zjednać publikę. Nawet jeśli Alternative 4 grają w wersji ekspresowej (widać było, że to już nie do końca ich klimaty) A bisowanie utworami z bardzo zamierzchłej przeszłości kwitują dialogami w stylu:

„And now we will play an old song.”

„Is it one of those doom metal songs?”

„What is doom metal”

„What the hell is doom metal?”

„We invented doom metal!”

„Well, actually it was Paradise Lost.”

Wożąc panią żonę

11 Wrz

Zauważyłem, że przez ostatnie kilka lat coraz mniej jeżdżę na koncerty na które chcę jechać, a coraz częściej służę jako nadworny szofer mojej lepszej połówki. Nie jest to dla mnie upierdliwe, bo mamy podobne gusta, ale jednak na tyle różne, że zdarzają się koncerty które przesiaduje z książką w samochodzie. A jutro jedziemy do Inowrocławia na festiwal o wielce zaskakującej nazwie InoRock, na którym będzie tak:

a potem tak:

następnie

i na koniec

Nie jestem wielkim fanem żadnej z grających na tej edycji kapel, i wszystkie wpisały się, jak dla mnie, w nurt dźwięków które, owszem, mogą sobie lecieć w tle, ale w żaden sposób nie stanowią dla mnie głównego dania. I trochę przykro, bo na ostatniej edycji zagrało na przykład Indukti, którego jestem w stanie słuchać zawsze i wszędzie. Proszę nie czuć się zwiedzionym ąę nazwą poniższego utworu – przed wydaniem go na płycie figurował na setlistach pod bardzo adekwatnym tytułem: Napierdalator.

I właśnie takiej muzyki mi brakuje na tej edycji InoRock. (ba, ostatnio miałem też okazję przetrwać smuta który grał po Indukti gawędząc z zespołem, pozdrawiając Barta przez Prbd’ę i sępiąc Myrtwę).

Całe szczęście, że towarzystwo które z nami jedzie jest przednie – na nudę na pewno narzekać nie będę.

Idę spać – jutro pół Polski do przejechania.

Muzyczne odkrywki

5 Wrz

W ciągu kilkunastu lat mój sposób na poznawanie nowej muzyki wyemigrował na internet. Kiedyś kupowało się każdą kasetę, której okładka wpadła mi w oko. Teraz, preferencje mi skostniały i mogłem oddać się swobodnemu przeglądaniu interesujących mnie stron w sieci, czasem niezobowiązująco skacząc po TopFriends dobrze rokującej kapeli na majspejsie czy innym facefook. A przynajmniej taki model przyjąłem kiedy stwierdziłem, że siedzę cały czas w tym samym bagnie i czekam na nowe płyty starych „pewniaków”. Jako, że klimaty w których osiadłem kręciły się wokół szeroko pojętego prog rocka, moim nowym home away from home stało się progarchives.com. Najpierw sprawdzałem listy najlepiej ocenianych albumów z każdego roku, od 1970 poczynając, a kończąc już w czasach nowożytnych; I było to Dobre™. Znalazłem dużo ciekawych rzeczy o których wcześniej nie dotarł do mnie nawet ułamek informacji. Ale kiedy kolejne kapele dołączyły do grona „pewniaków”, pasujących mi o każdej porze dnia czy nocy (a właściwie od momentu, kiedy po raz kolejny dopadło mnie znużenie), zacząłem znów szukać. I dorzuciłem sobie do RSSów najnowsze wpisy w bazie PA.

Już po kilku tygodniach wypracowałem sobie system: kilkanaście dni, około 50 nowych albumów, albo po prostu chwilka wolnego – siadam i słucham rzeczy które ludzie dorzucili do bazy. Podoba się? Drążę temat. Po kilku miesiącach takich eksperymentów doszedłem do następujących wniosków:

  • Statystycznie, raz na 100 albumów trafia się jakiś który mnie zainteresuje.
  • Raz na 200 albumów może się trafić taki, który mnie rozwali.
  • Należy unikać jak ognia kapel które prezentują się tak: To czyste zuo, also: what’s been heard cannot be unheard.
  • Nie należy się w ciemno kierować tagami; Oceansize znalazłem w szufladce oklejonej Space Rock:

No i raz na ruski rok trafia się kapela która bierze mnie szturmem, już po pierwszym kawałku:

W warstwie tekstowej jest wesoło; Odcinanie głowy wirującym krawatem czy atomowe tostery, które wywołują eksplozje w przeszłości to tylko część atrakcji. Za to muzycznie, chłopaki siedzą głęboko w arytmicznych poszarpywaniach gitary, przetykanych spokojniejszym graniem. Momentami kojarzą mi się z takim bardziej rockowym, postkrwawowewnętrznym Ulverem

Ostatnią, jak dla mnie wymiatającą, płytą Thumpermonkey Lives! jest We Bake Our Bread Beneath Her Holy Fire. Można ją zanabyć w wersji empeczy na cdbaby za jedyne 6 zielonych pieniążków. Za to wszystkie poprzednie albumy można zassać za darmo ze strony wytwórni. Polecam.

Jiddish Big Band z piekła rodem

2 Wrz

Miało się zacząć od notki na temat Invisibles i Promethei, które polecałem ostatnio czescjackowi na Blipie, ale to dłuższy temat, a plany na jakiekolwiek pisanie poszły się paść przy tak pokopanej końcówce tygodnia. Trudno – Morrison i Moore poczekają, a tymczasem można zarzucić na ruszt wpis tubkowy. W menu dzisiaj: Estradasphere.

Pierwszy raz usłyszałem ten twór, kiedy otrzymałem świeżutką płytę SGM. Okazało się, że wytwórnia The End Records była na tyle miła, że dodała promo CD z pojedynczymi kawałkami swoich wiodących kapel. Większość z nich wywoływała raczej zwykłe meh. Pamiętam tylko, że znalazł się tam jakiś koszmarek Lordi, ale Estradasphere zainteresowało mnie na tyle, że zacząłem drążyć temat. Po kilku dniach miałem opanowane tubki, po kilku kolejnych znałem już większość dyskografii.

Kawałek który znalazł się na składance był intrygujący; klezmerski akordeon plus ciężkie gitary. To wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałem o nich tak jak w tytule. A dalej poszło już z górki. Uwielbiam zamotane rzeczy, jeśli artyści mają dodatkowo dystans do samych siebie i odpowiednio szalone podejście, to z automatu dostają u mnie plusa, choćby grali coś skrajnie różnego od rzeczy których w danym momencie słucham. A co gra Etsradasphere? Dużo. Różnie. Dobrze.

Na ten przykład mieszankę składającą się z napakowanej sterydami wersji There Is No Greater Love, raczej standardowej interpretacji Misrlou, oraz rozpierdalającej na łopatki, schizo-metalowej Girl From Ipanema. O, tu:

Albo muzykę z Contry, tu:

W ogóle pierwsze albumy obfitowały w dźwięki dla fanów 16 bitowych konsol:

A na późniejszych beatboxing, Wild East, Romanian Surf, kolejne covery (choćby świetnie zagrany Turtle Power) i wiele więcej. Nie jest tak, że chłopaki potrafią wejść w każdą konwencję, ale w tych, w które wchodzą zwykle słychać, jak zajebiście czują się z tym co grają.

Na deser dodam tylko, że jeśli ktoś przetrwał do tego momentu i ma ochotę na więcej, to może udać się na stronę zespołu, i posłuchać w całości ich ostatniej płyty – Palace of Mirrors, na której znajdują się choćby takie perełki jak Corporate Merger: